piątek, 22 września 2017

-3-

~ Dzień przed wydarzeniami z prologu ~
- Molly Anderwed, masz pięć minut na powrót do domu, bo inaczej sobie pogadamy!
Byłam aktualnie z przyjaciółmi w klubie, więc ani mi się śniło wracać do domu, za dobrze się bawilam! Poza tym, była 21 w sobotę, ludzie, nie mam dziewięciu lat, miesiąc temu skończyłam siedemnaśćie!
- Trrr, nie słyszę nic Aaaa ale głośno u tej Lydii dziś, noo, przeszkadza nam to w projekcie bardzo
To chyba fakt, ze dużo wypiłam sprawił że igrałam z ogniem. Wiedziałam, że będę tego żałować, ale aktualnie miałam to gdzieś, bo bawiłam się świetnie
-  Witamy panią bardzo serdeeeecznie, u nas wszystko dobrze, punkt 22 do lozek i gasimy światło. - telefon został mi wyrwany przez Marcusa. A na to wszystko patrzala jakby nieobecna Amélie. Mieszkała kiedyś we Francji, więc nagła przeprowadzka do Nowego Jorku musiała zrobić na niej duże wrażenie. Rzadko cokolwiek mówiła, chociaż chyba dzisiaj jakoś szczególnie byłą cicha. Ale my zawsze trzymamy się z tymi dziwnymi, których nikt nie lubi. Nie wyzywamy, to nas wyzywają. Ale zawsze się za siebie wstawiamy. Tak ogromnie się różnimy. Wiem jednak, ze za każdego wskoczyłabym w ogień. Czy to Dla Lydii, Amélie, Luke'a czy Marcusa. Wszyscy byli dla mnie niczym powietrze, potrzebowałam ich.
- W TEJ CHWILI DO DOMU!
- Bo co mi zrobisz, Jezuu.
Rzuciłam telefon na podłogę. Teraz to już w sumie nie telefon, tylko parę kawałków które kiedyś telefonem były. Popatrzyłam przez chwilę na to, ale jakoś bez żalu. Mówi rodzice byli bogaci, chociaż naprawdę wolała bym żebyśmy żyli skromnie, ale żeby im na mnie zależało. zeby wreszcie mnie kochali. Wyzerowałam ostatnią dwusetkę wódki i radosnym tonem zaalarmowałam:
-Słuchajcie ludziki moje drogie, ja spadam już na chatę, bo mi matka na zawał zejdzie
- Zejdzie jak cię zobaczy, mała. Alkohol plus twoja biała cera nie łączą nie za dobrze.
Luke miał rację, wyglądałam często jak upiór, bo specjalnie pomalowalam włosy na czarno i używałam białego pudru. Podobał mi się taki styl, no co, młoda jestem, to mogę. Wyszłam z wielkiego budynku chwiejąc się, w sumie prawie przewracając. Nawet nie wiem jak nas tu wpuścili, ten klub był tylko dla pełnoletnich. Luke mruknął coś (możliwe, że krzyczał, ale nie kontaktowałam za bardzo) że odprowadzi mnie, bo nie będę tak po ulicy łazić i straszyć, ale wiem, że się o mnie martwił. Po niezwykle długiej dyskusji uciekłam niezauważona, by mnie nie dogonił. W sumie, to nie będę straszyć ludzi, ma rację. Wybrałam drogę przez las, była krótsza,a poza tym miałam do niej sentyment. Zaczęło mi się trochę zamazywać przed oczami, ale byłam wytrwała, 15 minut nic nie zrobi. Wypatrywałam różnych rzeczy na drzewach, ale było juz ciemno, więc nie miałam tez jak. Usłyszałam szelest więc odwróciłam się, jednak nikogo nie zobaczyłam. Szlam dalej spokojnie, aż do ostatniego zakrętu wyjścia z lasku.
- Cas, kochanie, poczekaj!
Usłyszałam rozpaczliwy krzyk więc rozejrzałam się Nie znalazłam w zasięgu wzroku właściciela głosu. Poszlam więc szybkim krokiem, bo zaczynało robić się trochę dziwnie, a że zauważyłam to będąc kompletnie nawaloną, prawdopodobnie było mocno dziwnie.
- Tak nie będzie, wracaj tu Cass!
Rzuciłam się biegiem na wprost. Tylko kilka metrów, musisz zdążyć, Molls. Chwyciłam klamkę od drzwi prowadzących do wejścia do apartamentu wielopiętrowego moich rodziców. Zamknięte! Zaczęłam szybko wpisywać kod,ale jak na złość, musiałam się pomylić
- Cassidy, pożałujesz tego! Pożałujesz!
Jest! Udało mi się! Zamknęłam drzwi za sobą i oparłam się o ścianę. Głównie dlatego, że musiałam ochłonąć, to że ledwo trzymałam się na nogach to szczegół. Do mojego mózgu doszła ważna informacja. Ja nie mam na imię Cassidy. Na korytarzu rozległ się mój donośny śmiech. Boże, Molly, ale ty jesteś głupia. Pewnie ma cię teraz za wariatkę, bo uciekłaś od jego głosu adresowanego do kogoś innego. Oparłam się o ścianę i walnęłam głową w moją skrzynkę pocztową. Wyleciał z niej list, więc skoro już wypadł to go podniosłam.
- Adresat Margot Anderwed. W sumie to rodzina, więc mogę otworzyć, kto by się dowiedział.
W kopercie znajdywała się tylko biała kartka. Serio, żadnej literki, niczego. Wzruszyłam ramionami i zgniotłam kartkę siadając pod windą.Zamknęłam oczy myśląc co teraz zrobię,bo przecież nie wrócę do domu, ale poczułam dziwny zapach. Robił się coraz silniejszy, więc otworzyłam oczy i ujrzałam, że zgnieciona kartka zaczyna robić się zielona i to z niej coś wylatuje. Robiło mi się słabo, chciałam uciekać, jednak jakby niewidzialna dłoń przytrzymywała mnie. Ostatnim co zobaczyłam, chwilę przed omdleniem były pojawiające się na kartce słowa.
"To twoja wina, skarbie xx"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz