Bo w koncu nigdy nie jest tak jak myslisz
niedziela, 23 lutego 2020
środa, 7 listopada 2018
10
Starałam się udawać, że to mną nie wstrząsnęło. Starałam się, naprawdę, ale nie poradzę nic na to że miałam ochotę płakać, krzyczeć i tupać nogami, jak dziecko.
O co w tym wszystkim chodzi?
Przystanęłam przed sklepem elektronicznym. Musiałam pohamować w sobie ochotę wykrzyczenia im prawdy prosto w twarz. Odetchnęłam kilka razy.
Wejście tam nie jest dobrym pomysłem.
Cofnęłam się i wbiegłam w pierwszy lepszy sklep. Szyld w srodku mówił, ze nie był za bogaty, nie kojarzyłam nazwy. Rozejrzałam się wokoło i zauważyłam, że mieli tu ciuchy których Maddy nigdy by nie założyła.
Ale ja nie byłam Maddy, byłam kimś innym, to na pewno. Tylko jeszcze nie wiedziałam kim. Schowałam się w przymierzalni i zaczęłam płakać.
Idealny makijaż? Ta pewno nie ten aktualny. Gryzłam się po rękach by nie wydać żadnego dźwięku. Dusiłam się, z powodu łez, braku powietrza, tej cholernej bezsilności.
Usłyszałam pukanie
- Eeee... przepraszam, że pytam, ale czy mogę jakoś pomóc?
Prawie spadłam z krzesełka (dosc biednego swoją drogą) gdy usłyszałam ze po pierwsze, ktoś mnie usłyszał, a po drugie to nie ktoś, a Oscar. Chłopak z mojej szkoły.
Miałam mętlik w głowie, co miałam zrobić? Zacząć się na niego drzeć rozrywajac przy tym moje, i jego na pewno też, serce na pół? Z każdą złośliwością pękało coraz bardziej. Nie chciałam być taka. Nie wolno być takim, ludzie jak ja powinni zostać zdelegalizowani.
Moim planem było pozostanie w przymierzalni do czasu, aż sobie pójdzie a następnie wybiegnięcie tak,by mnie nie zauważył. Przymknęłam oczy, sekundy mijały, czułam kołatanie w całym ciele, łzy wciąz płynęły, ale już jakby bez mojej kontroli. Jakby były innym organizmem.
Gdyby miały świadomosć, na pewno nie chciałyby być jednym organizmem ze mną.
Serce stanęło mi w momencie gdy usłyszałam otwieranie drzwi.
Zdązyłam ledwo uchylić powieki, a przede mną stał Oscar. Inny niż w szkole, bardzo uroczy, ubrany w koszulkę, którą nosili pracownicy. Nigdy tego nie widziałam, ale naprawdę był śliczny.
Patrzyliśmy się na siebie i chociaż wiedziałam że mam szok na twarzy, myślę że on miał większy.
Że też musiałam nie zauważyć, że w kabinie nie ma zamków! Mogłabym wtedy przynajmniej przytrzymać klamkę!
-....Mad? - zapytał swoim delikatnym głosikiem, nie był on jak u dziecka, bardziej jak u delikatnego, wrażliwego i pięknego chłopca.
Serce rozbolało mnie jeszcze bardziej na wspomnienia gdy z dziewczynami go wyzywałyśmy, biłyśmy, wykorzystywałyśmy.
- Hej. - powiedziałam cicho.
Głoś miałam żałosny, jak zagubione dziecko we mgle. Nie miałam prawa mieć takiego głosu, nie po tym co zrobiłam. Taki głoś mógłby mieć on, ale nie ja.
Stał tam, z wielką miotłą, przerażony jakbym zaraz miała go nią uderzyć. Nie dziwiłam mu się, prawdopodobnie Maddison by to zrobiła.
- Ja cię bardzo przepraszam, naprawdę!
niedziela, 24 września 2017
-7-
~ 8 miesięcy przed prologiem ~
Od dwudziestu trzech minut siedziałam na ławce podczas, gdy inni robili jakieś durne i niepotrzebne w życiu ćwiczenia. Całe szczęście, że tata wypisał mnie z tej bezużytecznej lekcji. Nie wytrzymałabym ćwicząc z tymi spoconymi gorylami, a później jeszcze ja miałam niby śmierdzieć? No niedoczekanie.
- Madison, może zechciałabyś pograć z nami w siatkę? - nagle podszedł do mnie Alan. TAK, TEN ALAN RODRICK. Musiałam uspokoić swoje nerwy, bo nie chciałam się przy nim zbłaźnić. A zresztą, nawet jakbym to zrobiła to zgoniłabym wszystko na niego. Przecież to mi zawsze się wierzy.
- A może jednak nie? - odgryzłam szybko. Niech się pomęczy ze mną i wie, że jestem niedostępna.
- Okej, to na razie. - chciałam już wstać do niego. Co to ma znaczyć?! Miał nalegać na to, żebym z nimi grała! - Carlo, a ty chciałabyś z nami? - przegiął w momencie w którym zapytał oto tą platfuske. Tego było za wiele. - Ależ oczywiście, że z wami pogram Alanie. Nie narażałabym cię na kontakt z tym czymś. -spojrzałam na nią z pogardą. - Chodźmy! - wzięłam go za rękę i wstając powędrowałam na boisko.
- Tak właściwie..- strzepnął moją rękę ze swojej. - Bardzo lubię Carlę. I nie masz prawa tak na nią mówić. - uśmiechnął się lekko i wskazał mi palcem drugą połowę boiska. - Grasz z nimi. A ja po nią idę.
Byłam o małą ciupkę od wybuchu. Jak on śmiał?! Czyżby zapomniał kim jestem?! Zniszczę ich dwóch i nie poratuje go ta jego śliczna buźka. Postanowiłam jednak być ponad to.
- Thomas... Ale ty jesteś silny. - westchnęłam do najlepszego kumpla Alana biorąc w ręce jego bicepsy. Niech sobie nie myśli, jest mi potrzebny tylko żeby wzbudzić zazdrość w tym bezczelnym chamie.
- Heh, wiem Maddy. - udawał skromnego i jeszcze bardziej się napinał. Kątem oka widziałam jak Alan śmieje się z jakiegoś żartu Carly. Stanowczo przegina. Pocałowałam znienacka chłopaka z którym rozmawiałam, a wszyscy zaczęli robić to słynne 'uuuu'. Czy my jesteśmy w podstawówce, czy liceum?
- Dobra, zacznijmy grać. - warknął w końcu Alan. A ja uśmiechałam się z wyższością nad tą pozerką. Ona tylko kuliła się pod moim wzrokiem. Tak ma być.
- Wiesz, Tomi...- zaczęłam bawić się jego sznurkiem od koszulki. - Tak sobie myślę, że może wyszlibyśmy gdzieś dziś. - patrzałam w jego oczu, które były bardzo podekscytowane. Pewnie czekał na tą chwilę od przedszkola.
- O,bardzo chętnie. Przyjadę po ciebie około 17, pasuje? - starał się mówić pociągającym głosem, ale nie wyszło mu,jednak ja słodko zachichotałam.
- Jasne, że pasu... - nie zdążyłam dokończyć zdania, a przerwał mi głos Carly.
- MADISON! UWAŻAJ! - chciałam odwrócić się, by zobaczyć o co jej chodzi, ale poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***********************************************
Siedzę pod klasą od biologii wraz z Cassidy, Evą, Olivią i Mary. Oglądamy jakieś zdjęcia z aparatu śmiejąc się. Potem zaczynamy udawać różne zwierzęta. Obraz zaczyna się rozmazywać.
***********************************************
Jesteśmy w pizzerni. Jak zwykle Liv zjada ponad dwa razy więcej niż my.
- Lily?
Odwracam się do Cassie, która wciąż ma buzię pełną peperoni. Usiłuje coś powiedzieć, ale nie mogę jej zrozumieć. Słyszę jakiś żart Evy na temat pań siedzących na przeciwko nas i wszystkie zaczynamy się śmiać, dopóki kelner nie wyprasza nas z restauracji.
***********************************************
- Och, tak, Cassie, wyglądasz bombowo w tym wdzianku. - odzywa się skaczącą na swoim łóżku Mary. Wszystkie mamy na sobie ciuchy znalezione w szafach naszych babci. Otwieram okno i wszystkie krzyczymy jakieś pozdrowienia do jadących samochód machając im, a niemiłym kierowcom rzucając pomidory w auta.
***********************************************
Eva stoi przy biurku pani Anabell starając się znaleźć na globusie to o co prosiła.
- Proszę pani, ale Eva nie mogła się tego nauczyć. Była na pogrzebie dziadka. - odzywa się smutna, oczywiście kłamiąca Cassidy.
-Tak, to prawda. - wstaję i podtrzymuję jej wersję.
- To doprawdy ciekawe,bo widziałam wczoraj twojego dziadka, Evo, na targu koło mnie.
- Jak to?! Dziadek ożył?! - krzyknęła i wybiegła z sali.
***********************************************
- Sto lat, sto lat! - Mary o mały włos nam się nie popłakała, gdy wyskoczyłyśmy jej zza kanapy.
- O matko, jesteście kochane. - przytuliła nas wszystkie po kolei. - Ten tort musi być pyszny.
W tym momencie Olivia strzeliła jej naszym samodzielne upieczonym tortem w twarz.
- Nie wiem, ale zawsze chciałam to zrobić.
***********************************************
Siedziałam właśnie w moim pokoju, płacząc tak żeby nikt nie usłyszał. Usłyszałam melodię oznaczającą, że ktoś do mnie dzwoni. Eva.
- Który? - zapytała ostro.
- L-Logan.
- Zabiję gnoja.
Po dwóch minutach usłyszałam dzwonek do drzwi więc poszłam otworzyć. Stały tam we cztery z łopatami.
- Zabijemy go razem.
- Też się dołączę. - usłyszałam głos mojej mamy która niosła mi i sobie grabie z garażu.
***********************************************
Gwałtownie podrywam się do pozycji siedzącej podpierając się rękami. Rozglądam się. Jestem w gabinecie lekarskim szkoły, a na około widzę wiele osób.
-Madison, kochanie moje, nic ci się nie stało?! Dopilnujemy, żeby ten kto ci to zrobił wyleciał z tej szkoły na zbity pysk! - usłyszałam moją.. mamę. Nie tą ze snu.
-Wyjdźcie stąd wszyscy! - krzyknęłam.
-Ale córciu... Coś się stało? Clark! - zawołała mojego tatę zrozpaczona. Słyszałam, że coś szepcze mu na ucho. Wyłapałam słówko "przypomniała"
- Nie, po prostu chcę pobyć sama. I znajdźcie osobę która mnie walnęła. - uśmiechnęłam się lekko.
Chciałam się tylko dowiedzieć co jest grane. To nie mógł być tylko sen. Chyba będę musiała znowu walnąć się czymś w łeb.
Od dwudziestu trzech minut siedziałam na ławce podczas, gdy inni robili jakieś durne i niepotrzebne w życiu ćwiczenia. Całe szczęście, że tata wypisał mnie z tej bezużytecznej lekcji. Nie wytrzymałabym ćwicząc z tymi spoconymi gorylami, a później jeszcze ja miałam niby śmierdzieć? No niedoczekanie.
- Madison, może zechciałabyś pograć z nami w siatkę? - nagle podszedł do mnie Alan. TAK, TEN ALAN RODRICK. Musiałam uspokoić swoje nerwy, bo nie chciałam się przy nim zbłaźnić. A zresztą, nawet jakbym to zrobiła to zgoniłabym wszystko na niego. Przecież to mi zawsze się wierzy.
- A może jednak nie? - odgryzłam szybko. Niech się pomęczy ze mną i wie, że jestem niedostępna.
- Okej, to na razie. - chciałam już wstać do niego. Co to ma znaczyć?! Miał nalegać na to, żebym z nimi grała! - Carlo, a ty chciałabyś z nami? - przegiął w momencie w którym zapytał oto tą platfuske. Tego było za wiele. - Ależ oczywiście, że z wami pogram Alanie. Nie narażałabym cię na kontakt z tym czymś. -spojrzałam na nią z pogardą. - Chodźmy! - wzięłam go za rękę i wstając powędrowałam na boisko.
- Tak właściwie..- strzepnął moją rękę ze swojej. - Bardzo lubię Carlę. I nie masz prawa tak na nią mówić. - uśmiechnął się lekko i wskazał mi palcem drugą połowę boiska. - Grasz z nimi. A ja po nią idę.
Byłam o małą ciupkę od wybuchu. Jak on śmiał?! Czyżby zapomniał kim jestem?! Zniszczę ich dwóch i nie poratuje go ta jego śliczna buźka. Postanowiłam jednak być ponad to.
- Thomas... Ale ty jesteś silny. - westchnęłam do najlepszego kumpla Alana biorąc w ręce jego bicepsy. Niech sobie nie myśli, jest mi potrzebny tylko żeby wzbudzić zazdrość w tym bezczelnym chamie.
- Heh, wiem Maddy. - udawał skromnego i jeszcze bardziej się napinał. Kątem oka widziałam jak Alan śmieje się z jakiegoś żartu Carly. Stanowczo przegina. Pocałowałam znienacka chłopaka z którym rozmawiałam, a wszyscy zaczęli robić to słynne 'uuuu'. Czy my jesteśmy w podstawówce, czy liceum?
- Dobra, zacznijmy grać. - warknął w końcu Alan. A ja uśmiechałam się z wyższością nad tą pozerką. Ona tylko kuliła się pod moim wzrokiem. Tak ma być.
- Wiesz, Tomi...- zaczęłam bawić się jego sznurkiem od koszulki. - Tak sobie myślę, że może wyszlibyśmy gdzieś dziś. - patrzałam w jego oczu, które były bardzo podekscytowane. Pewnie czekał na tą chwilę od przedszkola.
- O,bardzo chętnie. Przyjadę po ciebie około 17, pasuje? - starał się mówić pociągającym głosem, ale nie wyszło mu,jednak ja słodko zachichotałam.
- Jasne, że pasu... - nie zdążyłam dokończyć zdania, a przerwał mi głos Carly.
- MADISON! UWAŻAJ! - chciałam odwrócić się, by zobaczyć o co jej chodzi, ale poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***********************************************
Siedzę pod klasą od biologii wraz z Cassidy, Evą, Olivią i Mary. Oglądamy jakieś zdjęcia z aparatu śmiejąc się. Potem zaczynamy udawać różne zwierzęta. Obraz zaczyna się rozmazywać.
***********************************************
Jesteśmy w pizzerni. Jak zwykle Liv zjada ponad dwa razy więcej niż my.
- Lily?
Odwracam się do Cassie, która wciąż ma buzię pełną peperoni. Usiłuje coś powiedzieć, ale nie mogę jej zrozumieć. Słyszę jakiś żart Evy na temat pań siedzących na przeciwko nas i wszystkie zaczynamy się śmiać, dopóki kelner nie wyprasza nas z restauracji.
***********************************************
- Och, tak, Cassie, wyglądasz bombowo w tym wdzianku. - odzywa się skaczącą na swoim łóżku Mary. Wszystkie mamy na sobie ciuchy znalezione w szafach naszych babci. Otwieram okno i wszystkie krzyczymy jakieś pozdrowienia do jadących samochód machając im, a niemiłym kierowcom rzucając pomidory w auta.
***********************************************
Eva stoi przy biurku pani Anabell starając się znaleźć na globusie to o co prosiła.
- Proszę pani, ale Eva nie mogła się tego nauczyć. Była na pogrzebie dziadka. - odzywa się smutna, oczywiście kłamiąca Cassidy.
-Tak, to prawda. - wstaję i podtrzymuję jej wersję.
- To doprawdy ciekawe,bo widziałam wczoraj twojego dziadka, Evo, na targu koło mnie.
- Jak to?! Dziadek ożył?! - krzyknęła i wybiegła z sali.
***********************************************
- Sto lat, sto lat! - Mary o mały włos nam się nie popłakała, gdy wyskoczyłyśmy jej zza kanapy.
- O matko, jesteście kochane. - przytuliła nas wszystkie po kolei. - Ten tort musi być pyszny.
W tym momencie Olivia strzeliła jej naszym samodzielne upieczonym tortem w twarz.
- Nie wiem, ale zawsze chciałam to zrobić.
***********************************************
Siedziałam właśnie w moim pokoju, płacząc tak żeby nikt nie usłyszał. Usłyszałam melodię oznaczającą, że ktoś do mnie dzwoni. Eva.
- Który? - zapytała ostro.
- L-Logan.
- Zabiję gnoja.
Po dwóch minutach usłyszałam dzwonek do drzwi więc poszłam otworzyć. Stały tam we cztery z łopatami.
- Zabijemy go razem.
- Też się dołączę. - usłyszałam głos mojej mamy która niosła mi i sobie grabie z garażu.
***********************************************
Gwałtownie podrywam się do pozycji siedzącej podpierając się rękami. Rozglądam się. Jestem w gabinecie lekarskim szkoły, a na około widzę wiele osób.
-Madison, kochanie moje, nic ci się nie stało?! Dopilnujemy, żeby ten kto ci to zrobił wyleciał z tej szkoły na zbity pysk! - usłyszałam moją.. mamę. Nie tą ze snu.
-Wyjdźcie stąd wszyscy! - krzyknęłam.
-Ale córciu... Coś się stało? Clark! - zawołała mojego tatę zrozpaczona. Słyszałam, że coś szepcze mu na ucho. Wyłapałam słówko "przypomniała"
- Nie, po prostu chcę pobyć sama. I znajdźcie osobę która mnie walnęła. - uśmiechnęłam się lekko.
Chciałam się tylko dowiedzieć co jest grane. To nie mógł być tylko sen. Chyba będę musiała znowu walnąć się czymś w łeb.
-9-
~ 7 miesięcy przed wydarzeniami z prologu ~
Od ponad miesiąca byłam w szkole ze dwa razy. Nie puszczają mnie bo się boją. Nie,nie o mnie. Oto, że wiem.
Musieliście kiedyś prowadzić podwójne życie? Ja nie, ale teraz muszę. To bardzo dziwne uczucie. Nienawidzę Madison z całego serca, nienawidzę tego co robiła. Nienawidzę wykreowanej siebie.
Od tamtego czasu minęły trzydzieści dwa dni nieustannej ucieczki. Najgorszego typu ucieczki.Bo od wszystkiego uciekniesz, tylko nie od samego siebie.
Polubiłam spać. Kiedyś uznawałam to za stratę czasu,w końcu gdyby spać siedem godzin dziennie, a dziewięć,to strata wynosi ponad 14 godzin w ciągu tygodnia,co daje wynik jednego dnia w ciągu 12 dni! Można przecież tyle w tym czasie zrobić. Ale zaczęłam robić coś w śnie. Nie mogłam nigdzie indziej, bo jakieś cztery miesiące temu odkryłam, że rodzice sprawdzają mi historię wyszukiwań w google. Wtedy uznałam to za po prostu wyszukiwanie czy oglądam rzeczy dla mojego wieku, ale teraz wiem że oni się boją prawdy.
- Maddie,skarbie, pojedziesz z nami do sklepu? - usłyszałam głos 'mamy' który przerwał mi zastanawianie się nad tą chorą sytuacją. Pora włączyć tryb Madison.
- Ugh,niech będzie. Muszę iść kupić nowe buty, bo te mi się znudziły! - zrobiłam naburmuszoną minę, ale jakoś nie czułam, by moje buty były złe.
- Jasne, kupimy ci nawet kilka par butów, złotko. - podeszła do mnie uśmiechając się.
Jak można tak udawać i kłamać? A, no tak. Ja też to aktualnie robię.
Droga do sklepu była nudna. Spotkałam paru znajomych,których od razu spławiłam. Dla pozorów, albo po prostu nie chciałam z nikim gadać.
Centrum handlowe znajdowało się na wzgórzu, zaraz obok domu Caroline. A własnie, co do Caroline i Cindy... kazałam im spadać. Na oczach całej szkoły. Bardzo brutalnie, bardzo w stylu Madison.
Pierwszy raz zawahałam się.Nie chciałam znowu być okropna. Ja taka nie byłam.
To Madison taka była.
W każdym razie, popłakały się bo nikt im nie pomógł. Chyba znowu zaprzyjaźniły się z Carlą. Czy czułam wyrzuty sumienia? Cholerne.
Ale wiedziałam, że akurat tym razem to nie było moje widzimisię.
-Masz tu kartę, my idziemy do sklepu z elektroniką. Będziemy przy aucie za około 2 godziny, ale nie przejmuj się, jakbyś potrzebowała więcej czasu to pisz. - nawet nie zauważyłam, że jesteśmy na miejscu. Wysiadłam z auta przekręcając telefon w ręce. Nie chciałam żadnych nowych butów, one nie były ważne, ale skierowałam się w stronę ulubionego sklepu. Pobyłam tam z 10 minut, biorąc 2 pary przypadkowego obuwia. Wpadłam na genialny pomysł,który od razu chciałam zrealizować. Biegiem popędziłam w stronę kafejki internetowej. Pewnie gdyby ktoś zobaczył Madison Develop w takim wieśniackim czymś, plota rozeszłaby się na całą wioskę. Miałam to jednak bardzo gdzieś.
Usiadłam przy wolnym komputerze.
Wpisałam w wyszukiwarkę imię jedynej osoby ze snu której nazwisko zapamiętałam.
Olivia Cullen.
Pierwszy w wyszukiwarce wyskoczył mi link o przyciągającym nagłówku:
5 ZAPRZYJAŹNIONYCH NASTOLATEK Z LONDYNU POPEŁNIŁO SAMOBÓJSTWO
Natychmiast w niego weszłam.
25 czerwca 2014.
Znamy już losy pięciu dziewczynek których szukała cała Anglia. Mowa oczywiście o Cassidy Lodge , Olivii Cullen, Evie Foster, Mary Holden oraz Lily Martin. Piętnastolatki, które zaginęły 2 marca 2014, zostały wczoraj znalezione w lesie. Analiza zwłok wykazała, że popełniły one samobójstwo połykając śmiertelnie groźne tabletki. Rodzinie i przyjaciołom przesyłamy najszczersze kondolencje.
Postanowiłam wejść w drugi link.
5 marca 2014.
Doszła do nas wiadomość o zaginięciu pięciu dziewczyn w wieku 15 lat. Ktokolwiek je widział lub może mieć informację gdzie aktualnie przebywają, proszony jest o natychmiastowe powiadomienie policji bądź zadzwonienie na numer biura osób zaginionych, (486 629 373).
Zatkałam usta, by nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Pewnie nawet bym nie potrafiła. Na zdjęciu byłam ja i te dziewczyny ze snu. Co prawda, byłam trochę zaniedbana, rozdwojone końcówki, brzydkie paznokcie i cera, ale to na pewno ja. Wyłączyłam komputer usuwając wcześniej historię i bardzo szybko udałam się do sklepu elektronicznego.
-8-
*molly*
Blondyna cierpliwie czekała aż któraś z nas zdecyduje się wyjść. Nie wiem jak one, ale ja nie miałam takiego zamiaru, bo wiedziała o mnie coś, co gnębiło mnie przez kilka lat. A ja, po prostu, po ludzku, chciałam to wiedzieć.
- Jak rozumiem,każda zostaje? - klasnęła w dłonie.- Bajecznie.
Wydawała się tak cukierkowo słodka,a równocześnie tak strasznie mroczna. Trudna do rozgryzienia.
- Chodźcie,chodźcie. - zagoniła nas żebyśmy poszły za nią. Ten dom był co najmniej ogromny! Zanim doszłyśmy tam gdzie nas zaprowadziła,minęło mnóstwo czasu,który spożytkowałam na zgadywaniu, jakim cudem one wiedzą kiedy miałam wypadek. Wprowadziła nas do jakiegoś salonu, w którym przygotowane były cztery krzesła.
- Wybaczcie, byłam pewna, że któraś wymięknie.- uśmiechnęła się przepraszająco.- Zaraz po coś pójdę.
- Postoję. - powiedziałam oschło,a mój oskarżający wzrok utkwiłam w jej oczach. Chyba trochę się speszyła, ale nie opuściłam go dopóki ona tego nie zrobiła.
- Naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najlepiej byłoby was walnąć w łeb jak mnie, ale domyślam się, że to nie wchodzi w grę. - zagryzła wargę i westchnęła. - Ktoś nas oszukał. W bardzo zły sposób się nami bawił. Musi...
- Mam takie pytanie. - przerwała jej nieśmiało Sky. - Czemu kazałaś Rickowi to zrobić?
- Bo miał coś z tym wspólnego od początku. Wszyscy którzy was zdradzili, mieli was zdradzić od początku. Pewnie myślicie, że miałyście wpływ na swoją historię, każdy tak myśli. Prawda jest jednak taka, że byłyście marionetkami w rękach innych. Nasze życie było wykreowane przez obcych ludzi, a ja wciąż nie wiem dlaczego. - zamilkła na chwilę. - Usiądźcie.- zerknęła na mnie. - Naprawdę,przyniosę ci to krzesło.
Pokręciłam głową zastanawiając się na dniem 'porwania'. Większość rzeczy pamiętałam jak przez mgłę, ale zapadło mi w myśli kilka spraw. Czy to możliwe, żeby... Nie. Oni by mnie nie zdradzili. Byli prawdziwszy niż wszystko co kiedykolwiek się zdarzyło. Poczułam szturchnięcie i w moje ręce dostało się zdjęcie. Co prawda złej jakości, ale i tak sprawiło, że serce zabiło mi mocniej.Popatrzyłam na pozostałe dziewczyny, które też były w niezłym szoku i również rozglądały się na wszystkie strony.
- Nie. To nie możliwe. Jak to przerobiłaś? - zapytała z oskarżeniami w głosie Rebecca.
- Ja nigdy nie byłam w Londynie. A na pewno nie z wami! - krzyknęła ta ruda, której nadal imienia nie poznałam.
Na zdjęciu byłyśmy w piątkę. To na pewno byłyśmy my,trochę młodsze niż teraz, mniej ładnie ubrane, ale to byłyśmy my! Za nami widać zegar Big Ben, więc zdjęcie było robione w Londynie.
Później następna fotografia.
Siedziałyśmy na kanapie, a obok leżało dużo popcornu. Oglądałyśmy chyba jakiś film robiąc przy tym głupie miny. Porównywałam osoby stamtąd do tych siedzących obok mnie i nie było mowy, że to ktoś inny.
Kolejne zdjęcie to nasze małe wersje które zjeżdżają na sankach i lepią bałwana. Kiedy oglądałam w domu zdjęcia z albumu rodzinnego wyglądałam inaczej. I to ta wersja którą trzymam na kolanach wydawała mi się bardziej prawdopodobna.
- Ale.. jak? - zapytałam cicho. Z każdym kolejnym zdjęciem byłam coraz bardziej zdezorientowana.
- Pytajcie o co chcecie. Madison pewnie by was oto obwiniała, że to wasza wina, ale Madison nie żyje.
- Zabiłaś ją?! Nas też zabijesz? - krzyknęła Rebecca.
Blondynka tylko przekręciła oczami i bardzo głośno westchnęła
- Nie,głupku. Madison to ja.
- Chyba się nie zrozumiałyśmy.- Rudzielec wstał i podszedł do niej kręcąc głową. - Zabiłaś...siebie?
"Madison" schowała twarz w dłoniach i zaczęła rozmasowywać sobie skronie. Iście zabawna sytuacja, tylko wstać i się zabić.
- Okej. Po prostu.. Po prostu pytajcie.
- Skąd masz nasze zdjęcia jak byłyśmy małe? - prychnęłam na nią.- Śledziłaś nas?
- Jakbyś nie zauważyła, ja też na tych zdjęciach jestem. Poza tym mam tyle lat ile wy. - spojrzała na mnie z politowaniem i odwróciła się do pozostałych. - Ktoś ma jakieś mądrzejsze pytania?
- Każda z nas miała ten wypadek? - spytała Sky,która jak już każdy zauważył chyba bała się cokolwiek mówić.
- Żadna z was go nie miała.
- Kłamiesz. - stwierdziła uśmiechnięta Rebecca. - Mam wypis ze szpitala i wszelkie dokumenty.
W salonie, jak nie w całym domu rozległ się niezwykle głośny i donośny śmiech blondynki który nie znikał przez kilka minut. Chyba nawet się popłakała.
- Och, kochanie, ty naprawdę zgłupiałaś przez ten czas. Mogę na jutro przynieść wam mój wypis ze szpitala w Niemczech z '93. A wtedy nawet nie żyłam.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie głupią, a przysięgam że obiję ci ten głupi ryj. -mruknęła cicho krzyżując ręce na piersi. Usiadła tak tyłem do nas więc chyba się obraziła.
- Nieważne. Wypadek nigdy nie miał miejsca.
- Czy... wy też niczego nie pamiętacie? - zapytałam cicho jakby bojąc się odpowiedzi.
- Oczywiście, ze nie pamiętają. Gdybyście pamiętały, wyśmiałybyście mnie, bo wiedziałybyście co się stało przed wypadkiem. Ale macie w sobie tą niepewność.- szepnęła wyglądając trochę strasznie. - Ale czasem lepiej jest nie wiedzieć. Tylko to powstrzymało mnie przed poznaniem całkowitej prawdy. Bo boję się, że będzie ona jeszcze gorsza niż to co wiemy teraz.
Blondyna cierpliwie czekała aż któraś z nas zdecyduje się wyjść. Nie wiem jak one, ale ja nie miałam takiego zamiaru, bo wiedziała o mnie coś, co gnębiło mnie przez kilka lat. A ja, po prostu, po ludzku, chciałam to wiedzieć.
- Jak rozumiem,każda zostaje? - klasnęła w dłonie.- Bajecznie.
Wydawała się tak cukierkowo słodka,a równocześnie tak strasznie mroczna. Trudna do rozgryzienia.
- Chodźcie,chodźcie. - zagoniła nas żebyśmy poszły za nią. Ten dom był co najmniej ogromny! Zanim doszłyśmy tam gdzie nas zaprowadziła,minęło mnóstwo czasu,który spożytkowałam na zgadywaniu, jakim cudem one wiedzą kiedy miałam wypadek. Wprowadziła nas do jakiegoś salonu, w którym przygotowane były cztery krzesła.
- Wybaczcie, byłam pewna, że któraś wymięknie.- uśmiechnęła się przepraszająco.- Zaraz po coś pójdę.
- Postoję. - powiedziałam oschło,a mój oskarżający wzrok utkwiłam w jej oczach. Chyba trochę się speszyła, ale nie opuściłam go dopóki ona tego nie zrobiła.
- Naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najlepiej byłoby was walnąć w łeb jak mnie, ale domyślam się, że to nie wchodzi w grę. - zagryzła wargę i westchnęła. - Ktoś nas oszukał. W bardzo zły sposób się nami bawił. Musi...
- Mam takie pytanie. - przerwała jej nieśmiało Sky. - Czemu kazałaś Rickowi to zrobić?
- Bo miał coś z tym wspólnego od początku. Wszyscy którzy was zdradzili, mieli was zdradzić od początku. Pewnie myślicie, że miałyście wpływ na swoją historię, każdy tak myśli. Prawda jest jednak taka, że byłyście marionetkami w rękach innych. Nasze życie było wykreowane przez obcych ludzi, a ja wciąż nie wiem dlaczego. - zamilkła na chwilę. - Usiądźcie.- zerknęła na mnie. - Naprawdę,przyniosę ci to krzesło.
Pokręciłam głową zastanawiając się na dniem 'porwania'. Większość rzeczy pamiętałam jak przez mgłę, ale zapadło mi w myśli kilka spraw. Czy to możliwe, żeby... Nie. Oni by mnie nie zdradzili. Byli prawdziwszy niż wszystko co kiedykolwiek się zdarzyło. Poczułam szturchnięcie i w moje ręce dostało się zdjęcie. Co prawda złej jakości, ale i tak sprawiło, że serce zabiło mi mocniej.Popatrzyłam na pozostałe dziewczyny, które też były w niezłym szoku i również rozglądały się na wszystkie strony.
- Nie. To nie możliwe. Jak to przerobiłaś? - zapytała z oskarżeniami w głosie Rebecca.
- Ja nigdy nie byłam w Londynie. A na pewno nie z wami! - krzyknęła ta ruda, której nadal imienia nie poznałam.
Na zdjęciu byłyśmy w piątkę. To na pewno byłyśmy my,trochę młodsze niż teraz, mniej ładnie ubrane, ale to byłyśmy my! Za nami widać zegar Big Ben, więc zdjęcie było robione w Londynie.
Później następna fotografia.
Siedziałyśmy na kanapie, a obok leżało dużo popcornu. Oglądałyśmy chyba jakiś film robiąc przy tym głupie miny. Porównywałam osoby stamtąd do tych siedzących obok mnie i nie było mowy, że to ktoś inny.
Kolejne zdjęcie to nasze małe wersje które zjeżdżają na sankach i lepią bałwana. Kiedy oglądałam w domu zdjęcia z albumu rodzinnego wyglądałam inaczej. I to ta wersja którą trzymam na kolanach wydawała mi się bardziej prawdopodobna.
- Ale.. jak? - zapytałam cicho. Z każdym kolejnym zdjęciem byłam coraz bardziej zdezorientowana.
- Pytajcie o co chcecie. Madison pewnie by was oto obwiniała, że to wasza wina, ale Madison nie żyje.
- Zabiłaś ją?! Nas też zabijesz? - krzyknęła Rebecca.
Blondynka tylko przekręciła oczami i bardzo głośno westchnęła
- Nie,głupku. Madison to ja.
- Chyba się nie zrozumiałyśmy.- Rudzielec wstał i podszedł do niej kręcąc głową. - Zabiłaś...siebie?
"Madison" schowała twarz w dłoniach i zaczęła rozmasowywać sobie skronie. Iście zabawna sytuacja, tylko wstać i się zabić.
- Okej. Po prostu.. Po prostu pytajcie.
- Skąd masz nasze zdjęcia jak byłyśmy małe? - prychnęłam na nią.- Śledziłaś nas?
- Jakbyś nie zauważyła, ja też na tych zdjęciach jestem. Poza tym mam tyle lat ile wy. - spojrzała na mnie z politowaniem i odwróciła się do pozostałych. - Ktoś ma jakieś mądrzejsze pytania?
- Każda z nas miała ten wypadek? - spytała Sky,która jak już każdy zauważył chyba bała się cokolwiek mówić.
- Żadna z was go nie miała.
- Kłamiesz. - stwierdziła uśmiechnięta Rebecca. - Mam wypis ze szpitala i wszelkie dokumenty.
W salonie, jak nie w całym domu rozległ się niezwykle głośny i donośny śmiech blondynki który nie znikał przez kilka minut. Chyba nawet się popłakała.
- Och, kochanie, ty naprawdę zgłupiałaś przez ten czas. Mogę na jutro przynieść wam mój wypis ze szpitala w Niemczech z '93. A wtedy nawet nie żyłam.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie głupią, a przysięgam że obiję ci ten głupi ryj. -mruknęła cicho krzyżując ręce na piersi. Usiadła tak tyłem do nas więc chyba się obraziła.
- Nieważne. Wypadek nigdy nie miał miejsca.
- Czy... wy też niczego nie pamiętacie? - zapytałam cicho jakby bojąc się odpowiedzi.
- Oczywiście, ze nie pamiętają. Gdybyście pamiętały, wyśmiałybyście mnie, bo wiedziałybyście co się stało przed wypadkiem. Ale macie w sobie tą niepewność.- szepnęła wyglądając trochę strasznie. - Ale czasem lepiej jest nie wiedzieć. Tylko to powstrzymało mnie przed poznaniem całkowitej prawdy. Bo boję się, że będzie ona jeszcze gorsza niż to co wiemy teraz.
-6-
*elizabeth*
Jestem tak zdezorientowana, że dosłownie nie wiem co się dzieję. Nie potrafię zrozumieć o co mogło chodzić Katy. Jak mogła mi to zrobić?
Te dziewczyny, które ze mną siedzą są .. inne niż ja. Jedna najpierw się śmiała, a potem zaczęła płakać i rzucać przedmiotami. Co ja niby mam z nią i z resztą wspólnego, że wybrano akurat nas?
Nagle słyszymy kroki, prawdopodobnie kobiety,bo znam się na obcasach i to na pewno je słychać.
Zamykam oczy, jak zawsze gdy się denerwuję.
- Siema szmaty. - otwieram jedno oko, jakby chcąc ocenić co robi. Uśmiecha się szeroko, ale nie patrzy na nas tylko na fortepian znajdujący się na przeciwko. - Zaczynamy grę.
- Jaką znowu grę? - słyszę głos z prawej strony którego właścicielką jest nieco podenerwowana czarnowłosa. Stara się to ukryć, ale widać, że się boi. Ta, która stoi w drzwiach i od której jeszcze chwilę temu czuć było niezwykłą pewność siebie,jakby blednie i otwiera szeroko oczy. Spogląda na każdą z nas po kolei, a z każdą sekundą zaczyna coraz mniej przypominać osobowość którą była na początku.
- Nienawidzę was. To znaczy, chcę was nienawidzić. Ale chyba nie umiem. - szepnęła cicho i weszła powoli. Widać było, że coś ją gnębi i zatraca się we wspomnieniach. - No i przepraszam za te kajdanki..- urywa w środku zdania i patrzy na tą, która jako jedyna ma je na sobie prześwietlając ją.- ..Molly. Obudziłaś się przedwcześnie i chciałaś je wszystkie pozabijać.
- Wszystko jest naprawdę super.- zaczęłam jednocześnie gapiąc się na nią z nieukrywaną niechęcią i nienawiścią. - Ale do licha,czemu nas porwałaś?! Pierwszy raz widzę ciebie i te pozostałe na oczy! - teraz już nie mówiłam, a krzyczałam.
- To nie ja chciałam was porwać. - powiedziała ostro zerkając na mnie ze złością.- Gdyby nie ja to skończyłybyście w piachu. Wszystkie. - prycha kręcąc głową. - Powinnyście podziękować. Rebecca chyba wie o co chodzi, prawda? - zaakcentowała sztucznie pierwsze słowo,a jej wzrok był skierowany na tą wariatkę która rzuca figurkami.
- Nie, nie wiem. I masz mi wyjaśnić, czemu twoi koleżkowie zbombardowali mi szkołę, tylko po to żeby przywieźć mnie do ciebie!
- Naprawdę nie załapałaś? - spojrzała na nią zaskoczona marszcząc brwi. - Zawsze byłaś tą najmądrzejszą. Widać te trzy lata wiele zmieniły, a ty zgłupiałaś. Wyjaśnię ci to za chwilę. - podeszła do kolejnej. Nawet nie zauważyłam, że ona nadal ćwiczy! Myślałam, że przestała gdy tylko ona weszła. - Mary, słońce, możesz już przestać. Nie spotkasz go już.
- Nazywam się Sky, a nie jakaś Mary. - mrużyła oczy jednocześnie nie przerywając robienia brzuszków. Dziewczyna o najwyraźniej imieniu Molly, gwałtownie wstała.
- Tylko mi nie mów, że pomyliłaś ją z kimś innym i wzięłaś nie tą co trzeba. - posłała w jej stronę kpiący uśmieszek. - Może zamiast kogoś innego wzięłaś też nas? Co prawda, miałam kilka problemów z prawem, ale nie tak poważnych, żeby mnie kurde więzić!
Chyba blondynka zaczęła się wkurzać, bo widziałam jak liczy do dziesięciu i powoli wypuszcza powietrze nosem przymykając oczy.- Oczywiście, że was nie pomyliłam. - powiedziała całkiem spokojnie patrząc pobłażliwie na nią. - Wszystkie jesteście z tym związane tak samo jak ja. Pytanie tylko czy chcecie dowiedzieć się prawdy. Macie ten zaszczyt wyboru, którego ja nie dostałam. Nikt nie pytał czy jestem gotowa. To przyszło znienacka nie dając czasu na postanowienie, czy chce się tak żyć. Byłam rozdarta między dwoma światami i musiałam je ze sobą godzić, a wy macie problemy oto, że oddzieliłam was od ich dwóch dając czas na zastanowienie i wybór. Ktoś sobie z nas jawnie kpił i pewnie nadal to robi, o tak, dla zabawy.
Analizowałam jej słowa, chociaż nic z nich nie zrozumiałam. Czy to tylko chwyt żeby uśpić naszą czujność i wywieźć gdzieś na wschód? Z tego co zauważyłam, każda zatopiła się w myślach, a ona spokojnie czekała, aż coś zrozumiemy.
- Która nie chcę wiedzieć nic o sobie, niech wyjdzie. Drzwi są na prawo, znajdujemy się w Kansas, na rogu jest dworzec którym każda dojedzie do swojego domu. Zapomnę o was,a wy o mnie, nadal będziecie żyć jak dawniej. W wiecznym kłamstwie, wiedząc że wokół są ludzi którym ufałyście, a one was zdradziły. Nie trzymam was tu, chciałam tylko wam powiedzieć wszystko o waszym - zrobiła cudzysłów z palców. - życiu. Droga wolna.
Zapanowała cisza. Czy nie dobrze byłoby wrócić do domu? Do rodziców i Katy... która okazała się być tak fałszywa. Przecież nie znam jej, równie dobrze może kłamać,jednak coś ciągnie mnie do poznania prawdy, szczególnie o tym wypadku sprzed lat.
- Czy... wiesz coś o moim wypadku? - zapytałam cicho podchodząc do niej, nie chciałam w razie negatywnej odpowiedzi mieć poczucie winy, że za dużo wygadałam.
- Słucham? Miałaś wypadek? - Rebecca gwałtownie wstała i patrzyła na mnie podejrzliwie. - Kiedy? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Czy to.. było gdzieś w okolicach 30 czerwca roku 2014? - mruknęła cicho Sky , lub Mary, nie wiem które imię jest właściwe, podnosząc się z ziemi i będąc lekko skołowaną.
- Że co?!- z miejsca poderwała się również czarnowłosa Molly co sprawiło, że już wszystkie stałyśmy. - To jest po prostu niemożli..
- Naprawdę? Wsadziłam was do jednego pokoju, a i tak ze sobą nie porozmawiałyście? - rozbawiona blondynka przyglądała się naszym zdziwionym wyrazom twarzy.
- Jakim cudem ona wie kiedy miałam wypadek, hm? - Rebecca spoglądała raz na mnie, raz na nie oczekując odpowiedzi.
- To co? Która wychodzi? - spytała uśmiechnięta blondynka, chociaż doskonale wiedziała, że manas w garści i każda tu zostanie. Chociaż na razie.
Jestem tak zdezorientowana, że dosłownie nie wiem co się dzieję. Nie potrafię zrozumieć o co mogło chodzić Katy. Jak mogła mi to zrobić?
Te dziewczyny, które ze mną siedzą są .. inne niż ja. Jedna najpierw się śmiała, a potem zaczęła płakać i rzucać przedmiotami. Co ja niby mam z nią i z resztą wspólnego, że wybrano akurat nas?
Nagle słyszymy kroki, prawdopodobnie kobiety,bo znam się na obcasach i to na pewno je słychać.
Zamykam oczy, jak zawsze gdy się denerwuję.
- Siema szmaty. - otwieram jedno oko, jakby chcąc ocenić co robi. Uśmiecha się szeroko, ale nie patrzy na nas tylko na fortepian znajdujący się na przeciwko. - Zaczynamy grę.
- Jaką znowu grę? - słyszę głos z prawej strony którego właścicielką jest nieco podenerwowana czarnowłosa. Stara się to ukryć, ale widać, że się boi. Ta, która stoi w drzwiach i od której jeszcze chwilę temu czuć było niezwykłą pewność siebie,jakby blednie i otwiera szeroko oczy. Spogląda na każdą z nas po kolei, a z każdą sekundą zaczyna coraz mniej przypominać osobowość którą była na początku.
- Nienawidzę was. To znaczy, chcę was nienawidzić. Ale chyba nie umiem. - szepnęła cicho i weszła powoli. Widać było, że coś ją gnębi i zatraca się we wspomnieniach. - No i przepraszam za te kajdanki..- urywa w środku zdania i patrzy na tą, która jako jedyna ma je na sobie prześwietlając ją.- ..Molly. Obudziłaś się przedwcześnie i chciałaś je wszystkie pozabijać.
- Wszystko jest naprawdę super.- zaczęłam jednocześnie gapiąc się na nią z nieukrywaną niechęcią i nienawiścią. - Ale do licha,czemu nas porwałaś?! Pierwszy raz widzę ciebie i te pozostałe na oczy! - teraz już nie mówiłam, a krzyczałam.
- To nie ja chciałam was porwać. - powiedziała ostro zerkając na mnie ze złością.- Gdyby nie ja to skończyłybyście w piachu. Wszystkie. - prycha kręcąc głową. - Powinnyście podziękować. Rebecca chyba wie o co chodzi, prawda? - zaakcentowała sztucznie pierwsze słowo,a jej wzrok był skierowany na tą wariatkę która rzuca figurkami.
- Nie, nie wiem. I masz mi wyjaśnić, czemu twoi koleżkowie zbombardowali mi szkołę, tylko po to żeby przywieźć mnie do ciebie!
- Naprawdę nie załapałaś? - spojrzała na nią zaskoczona marszcząc brwi. - Zawsze byłaś tą najmądrzejszą. Widać te trzy lata wiele zmieniły, a ty zgłupiałaś. Wyjaśnię ci to za chwilę. - podeszła do kolejnej. Nawet nie zauważyłam, że ona nadal ćwiczy! Myślałam, że przestała gdy tylko ona weszła. - Mary, słońce, możesz już przestać. Nie spotkasz go już.
- Nazywam się Sky, a nie jakaś Mary. - mrużyła oczy jednocześnie nie przerywając robienia brzuszków. Dziewczyna o najwyraźniej imieniu Molly, gwałtownie wstała.
- Tylko mi nie mów, że pomyliłaś ją z kimś innym i wzięłaś nie tą co trzeba. - posłała w jej stronę kpiący uśmieszek. - Może zamiast kogoś innego wzięłaś też nas? Co prawda, miałam kilka problemów z prawem, ale nie tak poważnych, żeby mnie kurde więzić!
Chyba blondynka zaczęła się wkurzać, bo widziałam jak liczy do dziesięciu i powoli wypuszcza powietrze nosem przymykając oczy.- Oczywiście, że was nie pomyliłam. - powiedziała całkiem spokojnie patrząc pobłażliwie na nią. - Wszystkie jesteście z tym związane tak samo jak ja. Pytanie tylko czy chcecie dowiedzieć się prawdy. Macie ten zaszczyt wyboru, którego ja nie dostałam. Nikt nie pytał czy jestem gotowa. To przyszło znienacka nie dając czasu na postanowienie, czy chce się tak żyć. Byłam rozdarta między dwoma światami i musiałam je ze sobą godzić, a wy macie problemy oto, że oddzieliłam was od ich dwóch dając czas na zastanowienie i wybór. Ktoś sobie z nas jawnie kpił i pewnie nadal to robi, o tak, dla zabawy.
Analizowałam jej słowa, chociaż nic z nich nie zrozumiałam. Czy to tylko chwyt żeby uśpić naszą czujność i wywieźć gdzieś na wschód? Z tego co zauważyłam, każda zatopiła się w myślach, a ona spokojnie czekała, aż coś zrozumiemy.
- Która nie chcę wiedzieć nic o sobie, niech wyjdzie. Drzwi są na prawo, znajdujemy się w Kansas, na rogu jest dworzec którym każda dojedzie do swojego domu. Zapomnę o was,a wy o mnie, nadal będziecie żyć jak dawniej. W wiecznym kłamstwie, wiedząc że wokół są ludzi którym ufałyście, a one was zdradziły. Nie trzymam was tu, chciałam tylko wam powiedzieć wszystko o waszym - zrobiła cudzysłów z palców. - życiu. Droga wolna.
Zapanowała cisza. Czy nie dobrze byłoby wrócić do domu? Do rodziców i Katy... która okazała się być tak fałszywa. Przecież nie znam jej, równie dobrze może kłamać,jednak coś ciągnie mnie do poznania prawdy, szczególnie o tym wypadku sprzed lat.
- Czy... wiesz coś o moim wypadku? - zapytałam cicho podchodząc do niej, nie chciałam w razie negatywnej odpowiedzi mieć poczucie winy, że za dużo wygadałam.
- Słucham? Miałaś wypadek? - Rebecca gwałtownie wstała i patrzyła na mnie podejrzliwie. - Kiedy? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Czy to.. było gdzieś w okolicach 30 czerwca roku 2014? - mruknęła cicho Sky , lub Mary, nie wiem które imię jest właściwe, podnosząc się z ziemi i będąc lekko skołowaną.
- Że co?!- z miejsca poderwała się również czarnowłosa Molly co sprawiło, że już wszystkie stałyśmy. - To jest po prostu niemożli..
- Naprawdę? Wsadziłam was do jednego pokoju, a i tak ze sobą nie porozmawiałyście? - rozbawiona blondynka przyglądała się naszym zdziwionym wyrazom twarzy.
- Jakim cudem ona wie kiedy miałam wypadek, hm? - Rebecca spoglądała raz na mnie, raz na nie oczekując odpowiedzi.
- To co? Która wychodzi? - spytała uśmiechnięta blondynka, chociaż doskonale wiedziała, że manas w garści i każda tu zostanie. Chociaż na razie.
sobota, 23 września 2017
-5-
~9 miesięcy przed wydarzeniami z prologu~
Przyciskam pędzelek z czarnym tuszem do powieki kierując się w stronę uszu. Po chwili robię to z drugim okiem, aż nie zobaczę w pobliskim lustrze dwóch idealnych kresek. Z zadowoleniem zerkam w nie jeszcze raz podziwiając mój idealnie zrobiony makijaż. Rozczesuję moje idealne blond włosy, które lokują się na całej długości aż do połowy pleców. Biorę w rękę moją idealną torebkę i idealnym krokiem kieruję się do wyjścia. W moim życiu wszystko jest idealne.
Wychodzę z domu,czekają na mnie już Cindy i Caroline. Witam się z nimi krótkim buziakiem w policzek i razem idziemy do samochodu ojca tej drugiej.
- Och Madison, ale ty ładnie wyglądasz! Pokaż no te oczy. Cudne są. - westchnęła tuż po tym jak zasiadła za kółkiem.
- W sumie jak zawsze, Cari. - zaśmiała się Cindy poprawiając w lusterku włosy. - A patrzcie na to! Byłam wczoraj u kosmetyczki i zrobiła mi takie o paznokcie!
Zerknęłam na podekscytowaną brunetkę,która pokazywała nam swoje dłonie.
-No, rzeczywiście są całkiem spoko. Musisz podać mi na nią namiary. - poruszałam brwiami uśmiechając się szeroko. Te dziewczyny były moimi najlepszymi przyjaciółkami, odkąd się tu wprowadziłam. Razem tworzyłyśmy paczkę najlepszych gwiazd szkoły.
Zaparkowałyśmy pod drzwiami szkoły i jak zwykle nasz samochód wprowadził dużo zamieszania. Na około zebrał się tłum osób gotowych zabić, żeby tylko z nami porozmawiać. Przez 2 lata zdążyłam się przyzwyczaić. Postawiłam jedną nogę i powoli wyszłam z auta patrząc na wszystkim dookoła.
-Hej Maddie, Maddie! Co tam u ciebie? - 2 sekundy później była już obok mnie Carla.
Podobno do teraz nie może się pogodzić z tym, że zabrałam jej przyjaciółki.Słyszałam, że tworzyły jakiś durny klub "Trzy Ce, kochamy się!" bo we trzy miały imię na literkę C. Doprawdy żałosne. Tego dnia w którym je poznałam, Carla akurat jeden jedyny raz nie wyszła z przyjaciółkami do centrum handlowego, a na drugi dzień już ich nie miała. Pewnie gdybym się o tym dowiedziała na początku, to byłoby mi głupio, bo przychodząc tu myślałam że nikt mnie nie polubi.Byłam naprawdę głupia, każdy przecież mnie zawsze lubił! Tak mówiła mama, że zawsze byłam najlepsza, a ta moja chwilowa niepewność wzięła się od tego feralnego wypadku.
W każdym razie, Carla była niesamowicie zazdrosna, że ona wciąż jest nerdem, a jej psiapsiuły awansowały na tytuł przyjaciółek gwiazdy tej szkoły. - Emm, Carls wybacz... muszę lecieć, do zobaczenia później.
- Nie ma sprawy. Poczekam na ciebie. - powiedziała smutna, a ja odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała się z nią użerać. Potrafiła być naprawdę denerwująca.
- Cindy, Caroline? Idziemy. - nigdy nie chodzę nigdzie sama, a akurat teraz musiało im się wziąć na współczucie. Po moich słowach jakby ocknęły się i razem weszłyśmy do szkoły. Brakowało jedynie jakiejś muzyki i zwolnionego tempa. Wszyscy się przed nami osuwali, a ja jak zawsze czułam się niczym królowa wszystkich tych parobków. Nagle przypomniałam sobie, że nie napisałam wypracowania o Abrahamie Lincolnie. - Cholera, laski. Macie to wypracowanie? A dobra nieważne, czekajcie tu. - Rozkazałam a sama udałam się na poszukiwanie jakiegoś frajera. Od razu, jak z nieba, nawinął się chłopak z równoległej klasy - Oscar Mandelis.
- Heeej, jak tam u ciebie? - do ataku przystąpiłam natychmiast. Gdy tylko koło niego usiadłam, zrobił się cały czerwony i spadł mu okulary.
- Ma..Madison? A-Ale co ty tu, to znaczy hej dobrze a u ciebie?
- No właśnie u mnie nie za bardzo. - westchnęłam cicho i zrobiłam smutną minę. - Zapomniałam napisać to wypracowanie i teraz... - chwilę zastanowiłam się, czy warto ryzykować mój makijaż, ale jak się bawić to się bawić. - Teraz mogę dostać jedynkę!
Oparłam się głową o ścianę prawie płacząc (oczywiście wymuszenie) czekając na jego reakcję. Chwilę trwało to jego zastanowienie,mniej więcej jakieś 4 sekundy.
- Maddy, mam pomysł! Weź moje, starałem się by mieć A+ na koniec, ale.... ty jesteś ważniejsza! Trzymaj. - zaczął wyjmować zeszyty z plecaka, a ja cudem przetrzymałam się, by nie parsknąć. To było tak banalnie proste. - Och,naprawdę? Boże, Oscar, jesteś cudowny. - przytuliłam go od razu po tym jak dał mi kilka kartek z wypracowaniem. On od razu się zarumienił i spiął.
- Nie,nie... A może eee, chciałabyś dziiiiś.... wyjść?
- Byłoby fajnie. Zadzwoń do mnie. - podałam mu karteczkę z wymyślonym numerem które zawsze trzymałam w kieszeni. Ot tak, żeby dawać je chłopakom którzy do mnie zarywają, a ja chcę by się odwalili. Odeszłam od niego całując go na pożegnanie w policzek. - Bardzo ci dziękuję, super jesteś. To buziaczki,papa!
Oddaliłam się od niego z zwycięskim uśmiechem. Jak zwykle wszystko poszło po mojej myśli.
Przyciskam pędzelek z czarnym tuszem do powieki kierując się w stronę uszu. Po chwili robię to z drugim okiem, aż nie zobaczę w pobliskim lustrze dwóch idealnych kresek. Z zadowoleniem zerkam w nie jeszcze raz podziwiając mój idealnie zrobiony makijaż. Rozczesuję moje idealne blond włosy, które lokują się na całej długości aż do połowy pleców. Biorę w rękę moją idealną torebkę i idealnym krokiem kieruję się do wyjścia. W moim życiu wszystko jest idealne.
Wychodzę z domu,czekają na mnie już Cindy i Caroline. Witam się z nimi krótkim buziakiem w policzek i razem idziemy do samochodu ojca tej drugiej.
- Och Madison, ale ty ładnie wyglądasz! Pokaż no te oczy. Cudne są. - westchnęła tuż po tym jak zasiadła za kółkiem.
- W sumie jak zawsze, Cari. - zaśmiała się Cindy poprawiając w lusterku włosy. - A patrzcie na to! Byłam wczoraj u kosmetyczki i zrobiła mi takie o paznokcie!
Zerknęłam na podekscytowaną brunetkę,która pokazywała nam swoje dłonie.
-No, rzeczywiście są całkiem spoko. Musisz podać mi na nią namiary. - poruszałam brwiami uśmiechając się szeroko. Te dziewczyny były moimi najlepszymi przyjaciółkami, odkąd się tu wprowadziłam. Razem tworzyłyśmy paczkę najlepszych gwiazd szkoły.
Zaparkowałyśmy pod drzwiami szkoły i jak zwykle nasz samochód wprowadził dużo zamieszania. Na około zebrał się tłum osób gotowych zabić, żeby tylko z nami porozmawiać. Przez 2 lata zdążyłam się przyzwyczaić. Postawiłam jedną nogę i powoli wyszłam z auta patrząc na wszystkim dookoła.
-Hej Maddie, Maddie! Co tam u ciebie? - 2 sekundy później była już obok mnie Carla.
Podobno do teraz nie może się pogodzić z tym, że zabrałam jej przyjaciółki.Słyszałam, że tworzyły jakiś durny klub "Trzy Ce, kochamy się!" bo we trzy miały imię na literkę C. Doprawdy żałosne. Tego dnia w którym je poznałam, Carla akurat jeden jedyny raz nie wyszła z przyjaciółkami do centrum handlowego, a na drugi dzień już ich nie miała. Pewnie gdybym się o tym dowiedziała na początku, to byłoby mi głupio, bo przychodząc tu myślałam że nikt mnie nie polubi.Byłam naprawdę głupia, każdy przecież mnie zawsze lubił! Tak mówiła mama, że zawsze byłam najlepsza, a ta moja chwilowa niepewność wzięła się od tego feralnego wypadku.
W każdym razie, Carla była niesamowicie zazdrosna, że ona wciąż jest nerdem, a jej psiapsiuły awansowały na tytuł przyjaciółek gwiazdy tej szkoły. - Emm, Carls wybacz... muszę lecieć, do zobaczenia później.
- Nie ma sprawy. Poczekam na ciebie. - powiedziała smutna, a ja odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała się z nią użerać. Potrafiła być naprawdę denerwująca.
- Cindy, Caroline? Idziemy. - nigdy nie chodzę nigdzie sama, a akurat teraz musiało im się wziąć na współczucie. Po moich słowach jakby ocknęły się i razem weszłyśmy do szkoły. Brakowało jedynie jakiejś muzyki i zwolnionego tempa. Wszyscy się przed nami osuwali, a ja jak zawsze czułam się niczym królowa wszystkich tych parobków. Nagle przypomniałam sobie, że nie napisałam wypracowania o Abrahamie Lincolnie. - Cholera, laski. Macie to wypracowanie? A dobra nieważne, czekajcie tu. - Rozkazałam a sama udałam się na poszukiwanie jakiegoś frajera. Od razu, jak z nieba, nawinął się chłopak z równoległej klasy - Oscar Mandelis.
- Heeej, jak tam u ciebie? - do ataku przystąpiłam natychmiast. Gdy tylko koło niego usiadłam, zrobił się cały czerwony i spadł mu okulary.
- Ma..Madison? A-Ale co ty tu, to znaczy hej dobrze a u ciebie?
- No właśnie u mnie nie za bardzo. - westchnęłam cicho i zrobiłam smutną minę. - Zapomniałam napisać to wypracowanie i teraz... - chwilę zastanowiłam się, czy warto ryzykować mój makijaż, ale jak się bawić to się bawić. - Teraz mogę dostać jedynkę!
Oparłam się głową o ścianę prawie płacząc (oczywiście wymuszenie) czekając na jego reakcję. Chwilę trwało to jego zastanowienie,mniej więcej jakieś 4 sekundy.
- Maddy, mam pomysł! Weź moje, starałem się by mieć A+ na koniec, ale.... ty jesteś ważniejsza! Trzymaj. - zaczął wyjmować zeszyty z plecaka, a ja cudem przetrzymałam się, by nie parsknąć. To było tak banalnie proste. - Och,naprawdę? Boże, Oscar, jesteś cudowny. - przytuliłam go od razu po tym jak dał mi kilka kartek z wypracowaniem. On od razu się zarumienił i spiął.
- Nie,nie... A może eee, chciałabyś dziiiiś.... wyjść?
- Byłoby fajnie. Zadzwoń do mnie. - podałam mu karteczkę z wymyślonym numerem które zawsze trzymałam w kieszeni. Ot tak, żeby dawać je chłopakom którzy do mnie zarywają, a ja chcę by się odwalili. Odeszłam od niego całując go na pożegnanie w policzek. - Bardzo ci dziękuję, super jesteś. To buziaczki,papa!
Oddaliłam się od niego z zwycięskim uśmiechem. Jak zwykle wszystko poszło po mojej myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)