~ 8 miesięcy przed prologiem ~
Od dwudziestu trzech minut siedziałam na ławce podczas, gdy inni robili jakieś durne i niepotrzebne w życiu ćwiczenia. Całe szczęście, że tata wypisał mnie z tej bezużytecznej lekcji. Nie wytrzymałabym ćwicząc z tymi spoconymi gorylami, a później jeszcze ja miałam niby śmierdzieć? No niedoczekanie.
- Madison, może zechciałabyś pograć z nami w siatkę? - nagle podszedł do mnie Alan. TAK, TEN ALAN RODRICK. Musiałam uspokoić swoje nerwy, bo nie chciałam się przy nim zbłaźnić. A zresztą, nawet jakbym to zrobiła to zgoniłabym wszystko na niego. Przecież to mi zawsze się wierzy.
- A może jednak nie? - odgryzłam szybko. Niech się pomęczy ze mną i wie, że jestem niedostępna.
- Okej, to na razie. - chciałam już wstać do niego. Co to ma znaczyć?! Miał nalegać na to, żebym z nimi grała! - Carlo, a ty chciałabyś z nami? - przegiął w momencie w którym zapytał oto tą platfuske. Tego było za wiele. - Ależ oczywiście, że z wami pogram Alanie. Nie narażałabym cię na kontakt z tym czymś. -spojrzałam na nią z pogardą. - Chodźmy! - wzięłam go za rękę i wstając powędrowałam na boisko.
- Tak właściwie..- strzepnął moją rękę ze swojej. - Bardzo lubię Carlę. I nie masz prawa tak na nią mówić. - uśmiechnął się lekko i wskazał mi palcem drugą połowę boiska. - Grasz z nimi. A ja po nią idę.
Byłam o małą ciupkę od wybuchu. Jak on śmiał?! Czyżby zapomniał kim jestem?! Zniszczę ich dwóch i nie poratuje go ta jego śliczna buźka. Postanowiłam jednak być ponad to.
- Thomas... Ale ty jesteś silny. - westchnęłam do najlepszego kumpla Alana biorąc w ręce jego bicepsy. Niech sobie nie myśli, jest mi potrzebny tylko żeby wzbudzić zazdrość w tym bezczelnym chamie.
- Heh, wiem Maddy. - udawał skromnego i jeszcze bardziej się napinał. Kątem oka widziałam jak Alan śmieje się z jakiegoś żartu Carly. Stanowczo przegina. Pocałowałam znienacka chłopaka z którym rozmawiałam, a wszyscy zaczęli robić to słynne 'uuuu'. Czy my jesteśmy w podstawówce, czy liceum?
- Dobra, zacznijmy grać. - warknął w końcu Alan. A ja uśmiechałam się z wyższością nad tą pozerką. Ona tylko kuliła się pod moim wzrokiem. Tak ma być.
- Wiesz, Tomi...- zaczęłam bawić się jego sznurkiem od koszulki. - Tak sobie myślę, że może wyszlibyśmy gdzieś dziś. - patrzałam w jego oczu, które były bardzo podekscytowane. Pewnie czekał na tą chwilę od przedszkola.
- O,bardzo chętnie. Przyjadę po ciebie około 17, pasuje? - starał się mówić pociągającym głosem, ale nie wyszło mu,jednak ja słodko zachichotałam.
- Jasne, że pasu... - nie zdążyłam dokończyć zdania, a przerwał mi głos Carly.
- MADISON! UWAŻAJ! - chciałam odwrócić się, by zobaczyć o co jej chodzi, ale poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***********************************************
Siedzę pod klasą od biologii wraz z Cassidy, Evą, Olivią i Mary. Oglądamy jakieś zdjęcia z aparatu śmiejąc się. Potem zaczynamy udawać różne zwierzęta. Obraz zaczyna się rozmazywać.
***********************************************
Jesteśmy w pizzerni. Jak zwykle Liv zjada ponad dwa razy więcej niż my.
- Lily?
Odwracam się do Cassie, która wciąż ma buzię pełną peperoni. Usiłuje coś powiedzieć, ale nie mogę jej zrozumieć. Słyszę jakiś żart Evy na temat pań siedzących na przeciwko nas i wszystkie zaczynamy się śmiać, dopóki kelner nie wyprasza nas z restauracji.
***********************************************
- Och, tak, Cassie, wyglądasz bombowo w tym wdzianku. - odzywa się skaczącą na swoim łóżku Mary. Wszystkie mamy na sobie ciuchy znalezione w szafach naszych babci. Otwieram okno i wszystkie krzyczymy jakieś pozdrowienia do jadących samochód machając im, a niemiłym kierowcom rzucając pomidory w auta.
***********************************************
Eva stoi przy biurku pani Anabell starając się znaleźć na globusie to o co prosiła.
- Proszę pani, ale Eva nie mogła się tego nauczyć. Była na pogrzebie dziadka. - odzywa się smutna, oczywiście kłamiąca Cassidy.
-Tak, to prawda. - wstaję i podtrzymuję jej wersję.
- To doprawdy ciekawe,bo widziałam wczoraj twojego dziadka, Evo, na targu koło mnie.
- Jak to?! Dziadek ożył?! - krzyknęła i wybiegła z sali.
***********************************************
- Sto lat, sto lat! - Mary o mały włos nam się nie popłakała, gdy wyskoczyłyśmy jej zza kanapy.
- O matko, jesteście kochane. - przytuliła nas wszystkie po kolei. - Ten tort musi być pyszny.
W tym momencie Olivia strzeliła jej naszym samodzielne upieczonym tortem w twarz.
- Nie wiem, ale zawsze chciałam to zrobić.
***********************************************
Siedziałam właśnie w moim pokoju, płacząc tak żeby nikt nie usłyszał. Usłyszałam melodię oznaczającą, że ktoś do mnie dzwoni. Eva.
- Który? - zapytała ostro.
- L-Logan.
- Zabiję gnoja.
Po dwóch minutach usłyszałam dzwonek do drzwi więc poszłam otworzyć. Stały tam we cztery z łopatami.
- Zabijemy go razem.
- Też się dołączę. - usłyszałam głos mojej mamy która niosła mi i sobie grabie z garażu.
***********************************************
Gwałtownie podrywam się do pozycji siedzącej podpierając się rękami. Rozglądam się. Jestem w gabinecie lekarskim szkoły, a na około widzę wiele osób.
-Madison, kochanie moje, nic ci się nie stało?! Dopilnujemy, żeby ten kto ci to zrobił wyleciał z tej szkoły na zbity pysk! - usłyszałam moją.. mamę. Nie tą ze snu.
-Wyjdźcie stąd wszyscy! - krzyknęłam.
-Ale córciu... Coś się stało? Clark! - zawołała mojego tatę zrozpaczona. Słyszałam, że coś szepcze mu na ucho. Wyłapałam słówko "przypomniała"
- Nie, po prostu chcę pobyć sama. I znajdźcie osobę która mnie walnęła. - uśmiechnęłam się lekko.
Chciałam się tylko dowiedzieć co jest grane. To nie mógł być tylko sen. Chyba będę musiała znowu walnąć się czymś w łeb.
niedziela, 24 września 2017
-9-
~ 7 miesięcy przed wydarzeniami z prologu ~
Od ponad miesiąca byłam w szkole ze dwa razy. Nie puszczają mnie bo się boją. Nie,nie o mnie. Oto, że wiem.
Musieliście kiedyś prowadzić podwójne życie? Ja nie, ale teraz muszę. To bardzo dziwne uczucie. Nienawidzę Madison z całego serca, nienawidzę tego co robiła. Nienawidzę wykreowanej siebie.
Od tamtego czasu minęły trzydzieści dwa dni nieustannej ucieczki. Najgorszego typu ucieczki.Bo od wszystkiego uciekniesz, tylko nie od samego siebie.
Polubiłam spać. Kiedyś uznawałam to za stratę czasu,w końcu gdyby spać siedem godzin dziennie, a dziewięć,to strata wynosi ponad 14 godzin w ciągu tygodnia,co daje wynik jednego dnia w ciągu 12 dni! Można przecież tyle w tym czasie zrobić. Ale zaczęłam robić coś w śnie. Nie mogłam nigdzie indziej, bo jakieś cztery miesiące temu odkryłam, że rodzice sprawdzają mi historię wyszukiwań w google. Wtedy uznałam to za po prostu wyszukiwanie czy oglądam rzeczy dla mojego wieku, ale teraz wiem że oni się boją prawdy.
- Maddie,skarbie, pojedziesz z nami do sklepu? - usłyszałam głos 'mamy' który przerwał mi zastanawianie się nad tą chorą sytuacją. Pora włączyć tryb Madison.
- Ugh,niech będzie. Muszę iść kupić nowe buty, bo te mi się znudziły! - zrobiłam naburmuszoną minę, ale jakoś nie czułam, by moje buty były złe.
- Jasne, kupimy ci nawet kilka par butów, złotko. - podeszła do mnie uśmiechając się.
Jak można tak udawać i kłamać? A, no tak. Ja też to aktualnie robię.
Droga do sklepu była nudna. Spotkałam paru znajomych,których od razu spławiłam. Dla pozorów, albo po prostu nie chciałam z nikim gadać.
Centrum handlowe znajdowało się na wzgórzu, zaraz obok domu Caroline. A własnie, co do Caroline i Cindy... kazałam im spadać. Na oczach całej szkoły. Bardzo brutalnie, bardzo w stylu Madison.
Pierwszy raz zawahałam się.Nie chciałam znowu być okropna. Ja taka nie byłam.
To Madison taka była.
W każdym razie, popłakały się bo nikt im nie pomógł. Chyba znowu zaprzyjaźniły się z Carlą. Czy czułam wyrzuty sumienia? Cholerne.
Ale wiedziałam, że akurat tym razem to nie było moje widzimisię.
-Masz tu kartę, my idziemy do sklepu z elektroniką. Będziemy przy aucie za około 2 godziny, ale nie przejmuj się, jakbyś potrzebowała więcej czasu to pisz. - nawet nie zauważyłam, że jesteśmy na miejscu. Wysiadłam z auta przekręcając telefon w ręce. Nie chciałam żadnych nowych butów, one nie były ważne, ale skierowałam się w stronę ulubionego sklepu. Pobyłam tam z 10 minut, biorąc 2 pary przypadkowego obuwia. Wpadłam na genialny pomysł,który od razu chciałam zrealizować. Biegiem popędziłam w stronę kafejki internetowej. Pewnie gdyby ktoś zobaczył Madison Develop w takim wieśniackim czymś, plota rozeszłaby się na całą wioskę. Miałam to jednak bardzo gdzieś.
Usiadłam przy wolnym komputerze.
Wpisałam w wyszukiwarkę imię jedynej osoby ze snu której nazwisko zapamiętałam.
Olivia Cullen.
Pierwszy w wyszukiwarce wyskoczył mi link o przyciągającym nagłówku:
5 ZAPRZYJAŹNIONYCH NASTOLATEK Z LONDYNU POPEŁNIŁO SAMOBÓJSTWO
Natychmiast w niego weszłam.
25 czerwca 2014.
Znamy już losy pięciu dziewczynek których szukała cała Anglia. Mowa oczywiście o Cassidy Lodge , Olivii Cullen, Evie Foster, Mary Holden oraz Lily Martin. Piętnastolatki, które zaginęły 2 marca 2014, zostały wczoraj znalezione w lesie. Analiza zwłok wykazała, że popełniły one samobójstwo połykając śmiertelnie groźne tabletki. Rodzinie i przyjaciołom przesyłamy najszczersze kondolencje.
Postanowiłam wejść w drugi link.
5 marca 2014.
Doszła do nas wiadomość o zaginięciu pięciu dziewczyn w wieku 15 lat. Ktokolwiek je widział lub może mieć informację gdzie aktualnie przebywają, proszony jest o natychmiastowe powiadomienie policji bądź zadzwonienie na numer biura osób zaginionych, (486 629 373).
Zatkałam usta, by nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Pewnie nawet bym nie potrafiła. Na zdjęciu byłam ja i te dziewczyny ze snu. Co prawda, byłam trochę zaniedbana, rozdwojone końcówki, brzydkie paznokcie i cera, ale to na pewno ja. Wyłączyłam komputer usuwając wcześniej historię i bardzo szybko udałam się do sklepu elektronicznego.
-8-
*molly*
Blondyna cierpliwie czekała aż któraś z nas zdecyduje się wyjść. Nie wiem jak one, ale ja nie miałam takiego zamiaru, bo wiedziała o mnie coś, co gnębiło mnie przez kilka lat. A ja, po prostu, po ludzku, chciałam to wiedzieć.
- Jak rozumiem,każda zostaje? - klasnęła w dłonie.- Bajecznie.
Wydawała się tak cukierkowo słodka,a równocześnie tak strasznie mroczna. Trudna do rozgryzienia.
- Chodźcie,chodźcie. - zagoniła nas żebyśmy poszły za nią. Ten dom był co najmniej ogromny! Zanim doszłyśmy tam gdzie nas zaprowadziła,minęło mnóstwo czasu,który spożytkowałam na zgadywaniu, jakim cudem one wiedzą kiedy miałam wypadek. Wprowadziła nas do jakiegoś salonu, w którym przygotowane były cztery krzesła.
- Wybaczcie, byłam pewna, że któraś wymięknie.- uśmiechnęła się przepraszająco.- Zaraz po coś pójdę.
- Postoję. - powiedziałam oschło,a mój oskarżający wzrok utkwiłam w jej oczach. Chyba trochę się speszyła, ale nie opuściłam go dopóki ona tego nie zrobiła.
- Naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najlepiej byłoby was walnąć w łeb jak mnie, ale domyślam się, że to nie wchodzi w grę. - zagryzła wargę i westchnęła. - Ktoś nas oszukał. W bardzo zły sposób się nami bawił. Musi...
- Mam takie pytanie. - przerwała jej nieśmiało Sky. - Czemu kazałaś Rickowi to zrobić?
- Bo miał coś z tym wspólnego od początku. Wszyscy którzy was zdradzili, mieli was zdradzić od początku. Pewnie myślicie, że miałyście wpływ na swoją historię, każdy tak myśli. Prawda jest jednak taka, że byłyście marionetkami w rękach innych. Nasze życie było wykreowane przez obcych ludzi, a ja wciąż nie wiem dlaczego. - zamilkła na chwilę. - Usiądźcie.- zerknęła na mnie. - Naprawdę,przyniosę ci to krzesło.
Pokręciłam głową zastanawiając się na dniem 'porwania'. Większość rzeczy pamiętałam jak przez mgłę, ale zapadło mi w myśli kilka spraw. Czy to możliwe, żeby... Nie. Oni by mnie nie zdradzili. Byli prawdziwszy niż wszystko co kiedykolwiek się zdarzyło. Poczułam szturchnięcie i w moje ręce dostało się zdjęcie. Co prawda złej jakości, ale i tak sprawiło, że serce zabiło mi mocniej.Popatrzyłam na pozostałe dziewczyny, które też były w niezłym szoku i również rozglądały się na wszystkie strony.
- Nie. To nie możliwe. Jak to przerobiłaś? - zapytała z oskarżeniami w głosie Rebecca.
- Ja nigdy nie byłam w Londynie. A na pewno nie z wami! - krzyknęła ta ruda, której nadal imienia nie poznałam.
Na zdjęciu byłyśmy w piątkę. To na pewno byłyśmy my,trochę młodsze niż teraz, mniej ładnie ubrane, ale to byłyśmy my! Za nami widać zegar Big Ben, więc zdjęcie było robione w Londynie.
Później następna fotografia.
Siedziałyśmy na kanapie, a obok leżało dużo popcornu. Oglądałyśmy chyba jakiś film robiąc przy tym głupie miny. Porównywałam osoby stamtąd do tych siedzących obok mnie i nie było mowy, że to ktoś inny.
Kolejne zdjęcie to nasze małe wersje które zjeżdżają na sankach i lepią bałwana. Kiedy oglądałam w domu zdjęcia z albumu rodzinnego wyglądałam inaczej. I to ta wersja którą trzymam na kolanach wydawała mi się bardziej prawdopodobna.
- Ale.. jak? - zapytałam cicho. Z każdym kolejnym zdjęciem byłam coraz bardziej zdezorientowana.
- Pytajcie o co chcecie. Madison pewnie by was oto obwiniała, że to wasza wina, ale Madison nie żyje.
- Zabiłaś ją?! Nas też zabijesz? - krzyknęła Rebecca.
Blondynka tylko przekręciła oczami i bardzo głośno westchnęła
- Nie,głupku. Madison to ja.
- Chyba się nie zrozumiałyśmy.- Rudzielec wstał i podszedł do niej kręcąc głową. - Zabiłaś...siebie?
"Madison" schowała twarz w dłoniach i zaczęła rozmasowywać sobie skronie. Iście zabawna sytuacja, tylko wstać i się zabić.
- Okej. Po prostu.. Po prostu pytajcie.
- Skąd masz nasze zdjęcia jak byłyśmy małe? - prychnęłam na nią.- Śledziłaś nas?
- Jakbyś nie zauważyła, ja też na tych zdjęciach jestem. Poza tym mam tyle lat ile wy. - spojrzała na mnie z politowaniem i odwróciła się do pozostałych. - Ktoś ma jakieś mądrzejsze pytania?
- Każda z nas miała ten wypadek? - spytała Sky,która jak już każdy zauważył chyba bała się cokolwiek mówić.
- Żadna z was go nie miała.
- Kłamiesz. - stwierdziła uśmiechnięta Rebecca. - Mam wypis ze szpitala i wszelkie dokumenty.
W salonie, jak nie w całym domu rozległ się niezwykle głośny i donośny śmiech blondynki który nie znikał przez kilka minut. Chyba nawet się popłakała.
- Och, kochanie, ty naprawdę zgłupiałaś przez ten czas. Mogę na jutro przynieść wam mój wypis ze szpitala w Niemczech z '93. A wtedy nawet nie żyłam.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie głupią, a przysięgam że obiję ci ten głupi ryj. -mruknęła cicho krzyżując ręce na piersi. Usiadła tak tyłem do nas więc chyba się obraziła.
- Nieważne. Wypadek nigdy nie miał miejsca.
- Czy... wy też niczego nie pamiętacie? - zapytałam cicho jakby bojąc się odpowiedzi.
- Oczywiście, ze nie pamiętają. Gdybyście pamiętały, wyśmiałybyście mnie, bo wiedziałybyście co się stało przed wypadkiem. Ale macie w sobie tą niepewność.- szepnęła wyglądając trochę strasznie. - Ale czasem lepiej jest nie wiedzieć. Tylko to powstrzymało mnie przed poznaniem całkowitej prawdy. Bo boję się, że będzie ona jeszcze gorsza niż to co wiemy teraz.
Blondyna cierpliwie czekała aż któraś z nas zdecyduje się wyjść. Nie wiem jak one, ale ja nie miałam takiego zamiaru, bo wiedziała o mnie coś, co gnębiło mnie przez kilka lat. A ja, po prostu, po ludzku, chciałam to wiedzieć.
- Jak rozumiem,każda zostaje? - klasnęła w dłonie.- Bajecznie.
Wydawała się tak cukierkowo słodka,a równocześnie tak strasznie mroczna. Trudna do rozgryzienia.
- Chodźcie,chodźcie. - zagoniła nas żebyśmy poszły za nią. Ten dom był co najmniej ogromny! Zanim doszłyśmy tam gdzie nas zaprowadziła,minęło mnóstwo czasu,który spożytkowałam na zgadywaniu, jakim cudem one wiedzą kiedy miałam wypadek. Wprowadziła nas do jakiegoś salonu, w którym przygotowane były cztery krzesła.
- Wybaczcie, byłam pewna, że któraś wymięknie.- uśmiechnęła się przepraszająco.- Zaraz po coś pójdę.
- Postoję. - powiedziałam oschło,a mój oskarżający wzrok utkwiłam w jej oczach. Chyba trochę się speszyła, ale nie opuściłam go dopóki ona tego nie zrobiła.
- Naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najlepiej byłoby was walnąć w łeb jak mnie, ale domyślam się, że to nie wchodzi w grę. - zagryzła wargę i westchnęła. - Ktoś nas oszukał. W bardzo zły sposób się nami bawił. Musi...
- Mam takie pytanie. - przerwała jej nieśmiało Sky. - Czemu kazałaś Rickowi to zrobić?
- Bo miał coś z tym wspólnego od początku. Wszyscy którzy was zdradzili, mieli was zdradzić od początku. Pewnie myślicie, że miałyście wpływ na swoją historię, każdy tak myśli. Prawda jest jednak taka, że byłyście marionetkami w rękach innych. Nasze życie było wykreowane przez obcych ludzi, a ja wciąż nie wiem dlaczego. - zamilkła na chwilę. - Usiądźcie.- zerknęła na mnie. - Naprawdę,przyniosę ci to krzesło.
Pokręciłam głową zastanawiając się na dniem 'porwania'. Większość rzeczy pamiętałam jak przez mgłę, ale zapadło mi w myśli kilka spraw. Czy to możliwe, żeby... Nie. Oni by mnie nie zdradzili. Byli prawdziwszy niż wszystko co kiedykolwiek się zdarzyło. Poczułam szturchnięcie i w moje ręce dostało się zdjęcie. Co prawda złej jakości, ale i tak sprawiło, że serce zabiło mi mocniej.Popatrzyłam na pozostałe dziewczyny, które też były w niezłym szoku i również rozglądały się na wszystkie strony.
- Nie. To nie możliwe. Jak to przerobiłaś? - zapytała z oskarżeniami w głosie Rebecca.
- Ja nigdy nie byłam w Londynie. A na pewno nie z wami! - krzyknęła ta ruda, której nadal imienia nie poznałam.
Na zdjęciu byłyśmy w piątkę. To na pewno byłyśmy my,trochę młodsze niż teraz, mniej ładnie ubrane, ale to byłyśmy my! Za nami widać zegar Big Ben, więc zdjęcie było robione w Londynie.
Później następna fotografia.
Siedziałyśmy na kanapie, a obok leżało dużo popcornu. Oglądałyśmy chyba jakiś film robiąc przy tym głupie miny. Porównywałam osoby stamtąd do tych siedzących obok mnie i nie było mowy, że to ktoś inny.
Kolejne zdjęcie to nasze małe wersje które zjeżdżają na sankach i lepią bałwana. Kiedy oglądałam w domu zdjęcia z albumu rodzinnego wyglądałam inaczej. I to ta wersja którą trzymam na kolanach wydawała mi się bardziej prawdopodobna.
- Ale.. jak? - zapytałam cicho. Z każdym kolejnym zdjęciem byłam coraz bardziej zdezorientowana.
- Pytajcie o co chcecie. Madison pewnie by was oto obwiniała, że to wasza wina, ale Madison nie żyje.
- Zabiłaś ją?! Nas też zabijesz? - krzyknęła Rebecca.
Blondynka tylko przekręciła oczami i bardzo głośno westchnęła
- Nie,głupku. Madison to ja.
- Chyba się nie zrozumiałyśmy.- Rudzielec wstał i podszedł do niej kręcąc głową. - Zabiłaś...siebie?
"Madison" schowała twarz w dłoniach i zaczęła rozmasowywać sobie skronie. Iście zabawna sytuacja, tylko wstać i się zabić.
- Okej. Po prostu.. Po prostu pytajcie.
- Skąd masz nasze zdjęcia jak byłyśmy małe? - prychnęłam na nią.- Śledziłaś nas?
- Jakbyś nie zauważyła, ja też na tych zdjęciach jestem. Poza tym mam tyle lat ile wy. - spojrzała na mnie z politowaniem i odwróciła się do pozostałych. - Ktoś ma jakieś mądrzejsze pytania?
- Każda z nas miała ten wypadek? - spytała Sky,która jak już każdy zauważył chyba bała się cokolwiek mówić.
- Żadna z was go nie miała.
- Kłamiesz. - stwierdziła uśmiechnięta Rebecca. - Mam wypis ze szpitala i wszelkie dokumenty.
W salonie, jak nie w całym domu rozległ się niezwykle głośny i donośny śmiech blondynki który nie znikał przez kilka minut. Chyba nawet się popłakała.
- Och, kochanie, ty naprawdę zgłupiałaś przez ten czas. Mogę na jutro przynieść wam mój wypis ze szpitala w Niemczech z '93. A wtedy nawet nie żyłam.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie głupią, a przysięgam że obiję ci ten głupi ryj. -mruknęła cicho krzyżując ręce na piersi. Usiadła tak tyłem do nas więc chyba się obraziła.
- Nieważne. Wypadek nigdy nie miał miejsca.
- Czy... wy też niczego nie pamiętacie? - zapytałam cicho jakby bojąc się odpowiedzi.
- Oczywiście, ze nie pamiętają. Gdybyście pamiętały, wyśmiałybyście mnie, bo wiedziałybyście co się stało przed wypadkiem. Ale macie w sobie tą niepewność.- szepnęła wyglądając trochę strasznie. - Ale czasem lepiej jest nie wiedzieć. Tylko to powstrzymało mnie przed poznaniem całkowitej prawdy. Bo boję się, że będzie ona jeszcze gorsza niż to co wiemy teraz.
-6-
*elizabeth*
Jestem tak zdezorientowana, że dosłownie nie wiem co się dzieję. Nie potrafię zrozumieć o co mogło chodzić Katy. Jak mogła mi to zrobić?
Te dziewczyny, które ze mną siedzą są .. inne niż ja. Jedna najpierw się śmiała, a potem zaczęła płakać i rzucać przedmiotami. Co ja niby mam z nią i z resztą wspólnego, że wybrano akurat nas?
Nagle słyszymy kroki, prawdopodobnie kobiety,bo znam się na obcasach i to na pewno je słychać.
Zamykam oczy, jak zawsze gdy się denerwuję.
- Siema szmaty. - otwieram jedno oko, jakby chcąc ocenić co robi. Uśmiecha się szeroko, ale nie patrzy na nas tylko na fortepian znajdujący się na przeciwko. - Zaczynamy grę.
- Jaką znowu grę? - słyszę głos z prawej strony którego właścicielką jest nieco podenerwowana czarnowłosa. Stara się to ukryć, ale widać, że się boi. Ta, która stoi w drzwiach i od której jeszcze chwilę temu czuć było niezwykłą pewność siebie,jakby blednie i otwiera szeroko oczy. Spogląda na każdą z nas po kolei, a z każdą sekundą zaczyna coraz mniej przypominać osobowość którą była na początku.
- Nienawidzę was. To znaczy, chcę was nienawidzić. Ale chyba nie umiem. - szepnęła cicho i weszła powoli. Widać było, że coś ją gnębi i zatraca się we wspomnieniach. - No i przepraszam za te kajdanki..- urywa w środku zdania i patrzy na tą, która jako jedyna ma je na sobie prześwietlając ją.- ..Molly. Obudziłaś się przedwcześnie i chciałaś je wszystkie pozabijać.
- Wszystko jest naprawdę super.- zaczęłam jednocześnie gapiąc się na nią z nieukrywaną niechęcią i nienawiścią. - Ale do licha,czemu nas porwałaś?! Pierwszy raz widzę ciebie i te pozostałe na oczy! - teraz już nie mówiłam, a krzyczałam.
- To nie ja chciałam was porwać. - powiedziała ostro zerkając na mnie ze złością.- Gdyby nie ja to skończyłybyście w piachu. Wszystkie. - prycha kręcąc głową. - Powinnyście podziękować. Rebecca chyba wie o co chodzi, prawda? - zaakcentowała sztucznie pierwsze słowo,a jej wzrok był skierowany na tą wariatkę która rzuca figurkami.
- Nie, nie wiem. I masz mi wyjaśnić, czemu twoi koleżkowie zbombardowali mi szkołę, tylko po to żeby przywieźć mnie do ciebie!
- Naprawdę nie załapałaś? - spojrzała na nią zaskoczona marszcząc brwi. - Zawsze byłaś tą najmądrzejszą. Widać te trzy lata wiele zmieniły, a ty zgłupiałaś. Wyjaśnię ci to za chwilę. - podeszła do kolejnej. Nawet nie zauważyłam, że ona nadal ćwiczy! Myślałam, że przestała gdy tylko ona weszła. - Mary, słońce, możesz już przestać. Nie spotkasz go już.
- Nazywam się Sky, a nie jakaś Mary. - mrużyła oczy jednocześnie nie przerywając robienia brzuszków. Dziewczyna o najwyraźniej imieniu Molly, gwałtownie wstała.
- Tylko mi nie mów, że pomyliłaś ją z kimś innym i wzięłaś nie tą co trzeba. - posłała w jej stronę kpiący uśmieszek. - Może zamiast kogoś innego wzięłaś też nas? Co prawda, miałam kilka problemów z prawem, ale nie tak poważnych, żeby mnie kurde więzić!
Chyba blondynka zaczęła się wkurzać, bo widziałam jak liczy do dziesięciu i powoli wypuszcza powietrze nosem przymykając oczy.- Oczywiście, że was nie pomyliłam. - powiedziała całkiem spokojnie patrząc pobłażliwie na nią. - Wszystkie jesteście z tym związane tak samo jak ja. Pytanie tylko czy chcecie dowiedzieć się prawdy. Macie ten zaszczyt wyboru, którego ja nie dostałam. Nikt nie pytał czy jestem gotowa. To przyszło znienacka nie dając czasu na postanowienie, czy chce się tak żyć. Byłam rozdarta między dwoma światami i musiałam je ze sobą godzić, a wy macie problemy oto, że oddzieliłam was od ich dwóch dając czas na zastanowienie i wybór. Ktoś sobie z nas jawnie kpił i pewnie nadal to robi, o tak, dla zabawy.
Analizowałam jej słowa, chociaż nic z nich nie zrozumiałam. Czy to tylko chwyt żeby uśpić naszą czujność i wywieźć gdzieś na wschód? Z tego co zauważyłam, każda zatopiła się w myślach, a ona spokojnie czekała, aż coś zrozumiemy.
- Która nie chcę wiedzieć nic o sobie, niech wyjdzie. Drzwi są na prawo, znajdujemy się w Kansas, na rogu jest dworzec którym każda dojedzie do swojego domu. Zapomnę o was,a wy o mnie, nadal będziecie żyć jak dawniej. W wiecznym kłamstwie, wiedząc że wokół są ludzi którym ufałyście, a one was zdradziły. Nie trzymam was tu, chciałam tylko wam powiedzieć wszystko o waszym - zrobiła cudzysłów z palców. - życiu. Droga wolna.
Zapanowała cisza. Czy nie dobrze byłoby wrócić do domu? Do rodziców i Katy... która okazała się być tak fałszywa. Przecież nie znam jej, równie dobrze może kłamać,jednak coś ciągnie mnie do poznania prawdy, szczególnie o tym wypadku sprzed lat.
- Czy... wiesz coś o moim wypadku? - zapytałam cicho podchodząc do niej, nie chciałam w razie negatywnej odpowiedzi mieć poczucie winy, że za dużo wygadałam.
- Słucham? Miałaś wypadek? - Rebecca gwałtownie wstała i patrzyła na mnie podejrzliwie. - Kiedy? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Czy to.. było gdzieś w okolicach 30 czerwca roku 2014? - mruknęła cicho Sky , lub Mary, nie wiem które imię jest właściwe, podnosząc się z ziemi i będąc lekko skołowaną.
- Że co?!- z miejsca poderwała się również czarnowłosa Molly co sprawiło, że już wszystkie stałyśmy. - To jest po prostu niemożli..
- Naprawdę? Wsadziłam was do jednego pokoju, a i tak ze sobą nie porozmawiałyście? - rozbawiona blondynka przyglądała się naszym zdziwionym wyrazom twarzy.
- Jakim cudem ona wie kiedy miałam wypadek, hm? - Rebecca spoglądała raz na mnie, raz na nie oczekując odpowiedzi.
- To co? Która wychodzi? - spytała uśmiechnięta blondynka, chociaż doskonale wiedziała, że manas w garści i każda tu zostanie. Chociaż na razie.
Jestem tak zdezorientowana, że dosłownie nie wiem co się dzieję. Nie potrafię zrozumieć o co mogło chodzić Katy. Jak mogła mi to zrobić?
Te dziewczyny, które ze mną siedzą są .. inne niż ja. Jedna najpierw się śmiała, a potem zaczęła płakać i rzucać przedmiotami. Co ja niby mam z nią i z resztą wspólnego, że wybrano akurat nas?
Nagle słyszymy kroki, prawdopodobnie kobiety,bo znam się na obcasach i to na pewno je słychać.
Zamykam oczy, jak zawsze gdy się denerwuję.
- Siema szmaty. - otwieram jedno oko, jakby chcąc ocenić co robi. Uśmiecha się szeroko, ale nie patrzy na nas tylko na fortepian znajdujący się na przeciwko. - Zaczynamy grę.
- Jaką znowu grę? - słyszę głos z prawej strony którego właścicielką jest nieco podenerwowana czarnowłosa. Stara się to ukryć, ale widać, że się boi. Ta, która stoi w drzwiach i od której jeszcze chwilę temu czuć było niezwykłą pewność siebie,jakby blednie i otwiera szeroko oczy. Spogląda na każdą z nas po kolei, a z każdą sekundą zaczyna coraz mniej przypominać osobowość którą była na początku.
- Nienawidzę was. To znaczy, chcę was nienawidzić. Ale chyba nie umiem. - szepnęła cicho i weszła powoli. Widać było, że coś ją gnębi i zatraca się we wspomnieniach. - No i przepraszam za te kajdanki..- urywa w środku zdania i patrzy na tą, która jako jedyna ma je na sobie prześwietlając ją.- ..Molly. Obudziłaś się przedwcześnie i chciałaś je wszystkie pozabijać.
- Wszystko jest naprawdę super.- zaczęłam jednocześnie gapiąc się na nią z nieukrywaną niechęcią i nienawiścią. - Ale do licha,czemu nas porwałaś?! Pierwszy raz widzę ciebie i te pozostałe na oczy! - teraz już nie mówiłam, a krzyczałam.
- To nie ja chciałam was porwać. - powiedziała ostro zerkając na mnie ze złością.- Gdyby nie ja to skończyłybyście w piachu. Wszystkie. - prycha kręcąc głową. - Powinnyście podziękować. Rebecca chyba wie o co chodzi, prawda? - zaakcentowała sztucznie pierwsze słowo,a jej wzrok był skierowany na tą wariatkę która rzuca figurkami.
- Nie, nie wiem. I masz mi wyjaśnić, czemu twoi koleżkowie zbombardowali mi szkołę, tylko po to żeby przywieźć mnie do ciebie!
- Naprawdę nie załapałaś? - spojrzała na nią zaskoczona marszcząc brwi. - Zawsze byłaś tą najmądrzejszą. Widać te trzy lata wiele zmieniły, a ty zgłupiałaś. Wyjaśnię ci to za chwilę. - podeszła do kolejnej. Nawet nie zauważyłam, że ona nadal ćwiczy! Myślałam, że przestała gdy tylko ona weszła. - Mary, słońce, możesz już przestać. Nie spotkasz go już.
- Nazywam się Sky, a nie jakaś Mary. - mrużyła oczy jednocześnie nie przerywając robienia brzuszków. Dziewczyna o najwyraźniej imieniu Molly, gwałtownie wstała.
- Tylko mi nie mów, że pomyliłaś ją z kimś innym i wzięłaś nie tą co trzeba. - posłała w jej stronę kpiący uśmieszek. - Może zamiast kogoś innego wzięłaś też nas? Co prawda, miałam kilka problemów z prawem, ale nie tak poważnych, żeby mnie kurde więzić!
Chyba blondynka zaczęła się wkurzać, bo widziałam jak liczy do dziesięciu i powoli wypuszcza powietrze nosem przymykając oczy.- Oczywiście, że was nie pomyliłam. - powiedziała całkiem spokojnie patrząc pobłażliwie na nią. - Wszystkie jesteście z tym związane tak samo jak ja. Pytanie tylko czy chcecie dowiedzieć się prawdy. Macie ten zaszczyt wyboru, którego ja nie dostałam. Nikt nie pytał czy jestem gotowa. To przyszło znienacka nie dając czasu na postanowienie, czy chce się tak żyć. Byłam rozdarta między dwoma światami i musiałam je ze sobą godzić, a wy macie problemy oto, że oddzieliłam was od ich dwóch dając czas na zastanowienie i wybór. Ktoś sobie z nas jawnie kpił i pewnie nadal to robi, o tak, dla zabawy.
Analizowałam jej słowa, chociaż nic z nich nie zrozumiałam. Czy to tylko chwyt żeby uśpić naszą czujność i wywieźć gdzieś na wschód? Z tego co zauważyłam, każda zatopiła się w myślach, a ona spokojnie czekała, aż coś zrozumiemy.
- Która nie chcę wiedzieć nic o sobie, niech wyjdzie. Drzwi są na prawo, znajdujemy się w Kansas, na rogu jest dworzec którym każda dojedzie do swojego domu. Zapomnę o was,a wy o mnie, nadal będziecie żyć jak dawniej. W wiecznym kłamstwie, wiedząc że wokół są ludzi którym ufałyście, a one was zdradziły. Nie trzymam was tu, chciałam tylko wam powiedzieć wszystko o waszym - zrobiła cudzysłów z palców. - życiu. Droga wolna.
Zapanowała cisza. Czy nie dobrze byłoby wrócić do domu? Do rodziców i Katy... która okazała się być tak fałszywa. Przecież nie znam jej, równie dobrze może kłamać,jednak coś ciągnie mnie do poznania prawdy, szczególnie o tym wypadku sprzed lat.
- Czy... wiesz coś o moim wypadku? - zapytałam cicho podchodząc do niej, nie chciałam w razie negatywnej odpowiedzi mieć poczucie winy, że za dużo wygadałam.
- Słucham? Miałaś wypadek? - Rebecca gwałtownie wstała i patrzyła na mnie podejrzliwie. - Kiedy? - skrzyżowała ręce na piersi.
- Czy to.. było gdzieś w okolicach 30 czerwca roku 2014? - mruknęła cicho Sky , lub Mary, nie wiem które imię jest właściwe, podnosząc się z ziemi i będąc lekko skołowaną.
- Że co?!- z miejsca poderwała się również czarnowłosa Molly co sprawiło, że już wszystkie stałyśmy. - To jest po prostu niemożli..
- Naprawdę? Wsadziłam was do jednego pokoju, a i tak ze sobą nie porozmawiałyście? - rozbawiona blondynka przyglądała się naszym zdziwionym wyrazom twarzy.
- Jakim cudem ona wie kiedy miałam wypadek, hm? - Rebecca spoglądała raz na mnie, raz na nie oczekując odpowiedzi.
- To co? Która wychodzi? - spytała uśmiechnięta blondynka, chociaż doskonale wiedziała, że manas w garści i każda tu zostanie. Chociaż na razie.
sobota, 23 września 2017
-5-
~9 miesięcy przed wydarzeniami z prologu~
Przyciskam pędzelek z czarnym tuszem do powieki kierując się w stronę uszu. Po chwili robię to z drugim okiem, aż nie zobaczę w pobliskim lustrze dwóch idealnych kresek. Z zadowoleniem zerkam w nie jeszcze raz podziwiając mój idealnie zrobiony makijaż. Rozczesuję moje idealne blond włosy, które lokują się na całej długości aż do połowy pleców. Biorę w rękę moją idealną torebkę i idealnym krokiem kieruję się do wyjścia. W moim życiu wszystko jest idealne.
Wychodzę z domu,czekają na mnie już Cindy i Caroline. Witam się z nimi krótkim buziakiem w policzek i razem idziemy do samochodu ojca tej drugiej.
- Och Madison, ale ty ładnie wyglądasz! Pokaż no te oczy. Cudne są. - westchnęła tuż po tym jak zasiadła za kółkiem.
- W sumie jak zawsze, Cari. - zaśmiała się Cindy poprawiając w lusterku włosy. - A patrzcie na to! Byłam wczoraj u kosmetyczki i zrobiła mi takie o paznokcie!
Zerknęłam na podekscytowaną brunetkę,która pokazywała nam swoje dłonie.
-No, rzeczywiście są całkiem spoko. Musisz podać mi na nią namiary. - poruszałam brwiami uśmiechając się szeroko. Te dziewczyny były moimi najlepszymi przyjaciółkami, odkąd się tu wprowadziłam. Razem tworzyłyśmy paczkę najlepszych gwiazd szkoły.
Zaparkowałyśmy pod drzwiami szkoły i jak zwykle nasz samochód wprowadził dużo zamieszania. Na około zebrał się tłum osób gotowych zabić, żeby tylko z nami porozmawiać. Przez 2 lata zdążyłam się przyzwyczaić. Postawiłam jedną nogę i powoli wyszłam z auta patrząc na wszystkim dookoła.
-Hej Maddie, Maddie! Co tam u ciebie? - 2 sekundy później była już obok mnie Carla.
Podobno do teraz nie może się pogodzić z tym, że zabrałam jej przyjaciółki.Słyszałam, że tworzyły jakiś durny klub "Trzy Ce, kochamy się!" bo we trzy miały imię na literkę C. Doprawdy żałosne. Tego dnia w którym je poznałam, Carla akurat jeden jedyny raz nie wyszła z przyjaciółkami do centrum handlowego, a na drugi dzień już ich nie miała. Pewnie gdybym się o tym dowiedziała na początku, to byłoby mi głupio, bo przychodząc tu myślałam że nikt mnie nie polubi.Byłam naprawdę głupia, każdy przecież mnie zawsze lubił! Tak mówiła mama, że zawsze byłam najlepsza, a ta moja chwilowa niepewność wzięła się od tego feralnego wypadku.
W każdym razie, Carla była niesamowicie zazdrosna, że ona wciąż jest nerdem, a jej psiapsiuły awansowały na tytuł przyjaciółek gwiazdy tej szkoły. - Emm, Carls wybacz... muszę lecieć, do zobaczenia później.
- Nie ma sprawy. Poczekam na ciebie. - powiedziała smutna, a ja odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała się z nią użerać. Potrafiła być naprawdę denerwująca.
- Cindy, Caroline? Idziemy. - nigdy nie chodzę nigdzie sama, a akurat teraz musiało im się wziąć na współczucie. Po moich słowach jakby ocknęły się i razem weszłyśmy do szkoły. Brakowało jedynie jakiejś muzyki i zwolnionego tempa. Wszyscy się przed nami osuwali, a ja jak zawsze czułam się niczym królowa wszystkich tych parobków. Nagle przypomniałam sobie, że nie napisałam wypracowania o Abrahamie Lincolnie. - Cholera, laski. Macie to wypracowanie? A dobra nieważne, czekajcie tu. - Rozkazałam a sama udałam się na poszukiwanie jakiegoś frajera. Od razu, jak z nieba, nawinął się chłopak z równoległej klasy - Oscar Mandelis.
- Heeej, jak tam u ciebie? - do ataku przystąpiłam natychmiast. Gdy tylko koło niego usiadłam, zrobił się cały czerwony i spadł mu okulary.
- Ma..Madison? A-Ale co ty tu, to znaczy hej dobrze a u ciebie?
- No właśnie u mnie nie za bardzo. - westchnęłam cicho i zrobiłam smutną minę. - Zapomniałam napisać to wypracowanie i teraz... - chwilę zastanowiłam się, czy warto ryzykować mój makijaż, ale jak się bawić to się bawić. - Teraz mogę dostać jedynkę!
Oparłam się głową o ścianę prawie płacząc (oczywiście wymuszenie) czekając na jego reakcję. Chwilę trwało to jego zastanowienie,mniej więcej jakieś 4 sekundy.
- Maddy, mam pomysł! Weź moje, starałem się by mieć A+ na koniec, ale.... ty jesteś ważniejsza! Trzymaj. - zaczął wyjmować zeszyty z plecaka, a ja cudem przetrzymałam się, by nie parsknąć. To było tak banalnie proste. - Och,naprawdę? Boże, Oscar, jesteś cudowny. - przytuliłam go od razu po tym jak dał mi kilka kartek z wypracowaniem. On od razu się zarumienił i spiął.
- Nie,nie... A może eee, chciałabyś dziiiiś.... wyjść?
- Byłoby fajnie. Zadzwoń do mnie. - podałam mu karteczkę z wymyślonym numerem które zawsze trzymałam w kieszeni. Ot tak, żeby dawać je chłopakom którzy do mnie zarywają, a ja chcę by się odwalili. Odeszłam od niego całując go na pożegnanie w policzek. - Bardzo ci dziękuję, super jesteś. To buziaczki,papa!
Oddaliłam się od niego z zwycięskim uśmiechem. Jak zwykle wszystko poszło po mojej myśli.
Przyciskam pędzelek z czarnym tuszem do powieki kierując się w stronę uszu. Po chwili robię to z drugim okiem, aż nie zobaczę w pobliskim lustrze dwóch idealnych kresek. Z zadowoleniem zerkam w nie jeszcze raz podziwiając mój idealnie zrobiony makijaż. Rozczesuję moje idealne blond włosy, które lokują się na całej długości aż do połowy pleców. Biorę w rękę moją idealną torebkę i idealnym krokiem kieruję się do wyjścia. W moim życiu wszystko jest idealne.
Wychodzę z domu,czekają na mnie już Cindy i Caroline. Witam się z nimi krótkim buziakiem w policzek i razem idziemy do samochodu ojca tej drugiej.
- Och Madison, ale ty ładnie wyglądasz! Pokaż no te oczy. Cudne są. - westchnęła tuż po tym jak zasiadła za kółkiem.
- W sumie jak zawsze, Cari. - zaśmiała się Cindy poprawiając w lusterku włosy. - A patrzcie na to! Byłam wczoraj u kosmetyczki i zrobiła mi takie o paznokcie!
Zerknęłam na podekscytowaną brunetkę,która pokazywała nam swoje dłonie.
-No, rzeczywiście są całkiem spoko. Musisz podać mi na nią namiary. - poruszałam brwiami uśmiechając się szeroko. Te dziewczyny były moimi najlepszymi przyjaciółkami, odkąd się tu wprowadziłam. Razem tworzyłyśmy paczkę najlepszych gwiazd szkoły.
Zaparkowałyśmy pod drzwiami szkoły i jak zwykle nasz samochód wprowadził dużo zamieszania. Na około zebrał się tłum osób gotowych zabić, żeby tylko z nami porozmawiać. Przez 2 lata zdążyłam się przyzwyczaić. Postawiłam jedną nogę i powoli wyszłam z auta patrząc na wszystkim dookoła.
-Hej Maddie, Maddie! Co tam u ciebie? - 2 sekundy później była już obok mnie Carla.
Podobno do teraz nie może się pogodzić z tym, że zabrałam jej przyjaciółki.Słyszałam, że tworzyły jakiś durny klub "Trzy Ce, kochamy się!" bo we trzy miały imię na literkę C. Doprawdy żałosne. Tego dnia w którym je poznałam, Carla akurat jeden jedyny raz nie wyszła z przyjaciółkami do centrum handlowego, a na drugi dzień już ich nie miała. Pewnie gdybym się o tym dowiedziała na początku, to byłoby mi głupio, bo przychodząc tu myślałam że nikt mnie nie polubi.Byłam naprawdę głupia, każdy przecież mnie zawsze lubił! Tak mówiła mama, że zawsze byłam najlepsza, a ta moja chwilowa niepewność wzięła się od tego feralnego wypadku.
W każdym razie, Carla była niesamowicie zazdrosna, że ona wciąż jest nerdem, a jej psiapsiuły awansowały na tytuł przyjaciółek gwiazdy tej szkoły. - Emm, Carls wybacz... muszę lecieć, do zobaczenia później.
- Nie ma sprawy. Poczekam na ciebie. - powiedziała smutna, a ja odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała się z nią użerać. Potrafiła być naprawdę denerwująca.
- Cindy, Caroline? Idziemy. - nigdy nie chodzę nigdzie sama, a akurat teraz musiało im się wziąć na współczucie. Po moich słowach jakby ocknęły się i razem weszłyśmy do szkoły. Brakowało jedynie jakiejś muzyki i zwolnionego tempa. Wszyscy się przed nami osuwali, a ja jak zawsze czułam się niczym królowa wszystkich tych parobków. Nagle przypomniałam sobie, że nie napisałam wypracowania o Abrahamie Lincolnie. - Cholera, laski. Macie to wypracowanie? A dobra nieważne, czekajcie tu. - Rozkazałam a sama udałam się na poszukiwanie jakiegoś frajera. Od razu, jak z nieba, nawinął się chłopak z równoległej klasy - Oscar Mandelis.
- Heeej, jak tam u ciebie? - do ataku przystąpiłam natychmiast. Gdy tylko koło niego usiadłam, zrobił się cały czerwony i spadł mu okulary.
- Ma..Madison? A-Ale co ty tu, to znaczy hej dobrze a u ciebie?
- No właśnie u mnie nie za bardzo. - westchnęłam cicho i zrobiłam smutną minę. - Zapomniałam napisać to wypracowanie i teraz... - chwilę zastanowiłam się, czy warto ryzykować mój makijaż, ale jak się bawić to się bawić. - Teraz mogę dostać jedynkę!
Oparłam się głową o ścianę prawie płacząc (oczywiście wymuszenie) czekając na jego reakcję. Chwilę trwało to jego zastanowienie,mniej więcej jakieś 4 sekundy.
- Maddy, mam pomysł! Weź moje, starałem się by mieć A+ na koniec, ale.... ty jesteś ważniejsza! Trzymaj. - zaczął wyjmować zeszyty z plecaka, a ja cudem przetrzymałam się, by nie parsknąć. To było tak banalnie proste. - Och,naprawdę? Boże, Oscar, jesteś cudowny. - przytuliłam go od razu po tym jak dał mi kilka kartek z wypracowaniem. On od razu się zarumienił i spiął.
- Nie,nie... A może eee, chciałabyś dziiiiś.... wyjść?
- Byłoby fajnie. Zadzwoń do mnie. - podałam mu karteczkę z wymyślonym numerem które zawsze trzymałam w kieszeni. Ot tak, żeby dawać je chłopakom którzy do mnie zarywają, a ja chcę by się odwalili. Odeszłam od niego całując go na pożegnanie w policzek. - Bardzo ci dziękuję, super jesteś. To buziaczki,papa!
Oddaliłam się od niego z zwycięskim uśmiechem. Jak zwykle wszystko poszło po mojej myśli.
piątek, 22 września 2017
-4-
~ Dzień przed wydarzeniami z prologu ~
- Otóż moi drodzy, w następnym tygodniu chcę tu, oto na tym biurku, widzieć wszystkie osiemnaście prac i nie interesuje mnie to, że nie mieliście czasu? Zrozumieliście?
Kończyłam właśnie rysować rogi dla mojego kosmicznego stworka, gdy ta stara jędza, zwana profesor Waterlich zaczęła coś do mnie mówić.
- Widzę panno Blake, że niezmierni się panience nudzi. Wstań i podejdź do biurka. Proszę mi wyjaśnić co to tak zwany epikureizm. - uśmiechała się z wyższością, jakby przekonana, że zaraz wpisze tą uwielbianą przez nią ocenę w moją rubrykę.
- Epikureizm to oczywiście nurt filozoficzno-etyczny, które twórcą był Epikur. - zaczęłam mówić słodkim głosikiem. - Polega on na dążeniu do..
-Siadaj Blake! I uważaj sobie na następny raz, na moich lekcjach nie ma rysowania! Patrzcie moi mili, oto co narysowała Rebecca.
Wstała i podchodziła do wszystkich pokazując tego nieszczęsnego kosmitka, jakby oczekując że ktoś mnie wyśmieje. Niedoczekanie.
- Jeśli pani tylko zechce, mogę nauczyć paniom tak rysować. To byłaby czysta przyjemność.
Swoją drogą, ciekawe czy próba upokorzenia ucznia była legalna. Gdy będę miała czas, na pewno to sprawdzę.
- Do dyrektora! Ja ci tu dam pyskowanie,chcesz wylecieć ze szkoły?
- Proszę się tak nie emocjonować, już biegnę. Pa wszystkim!
Nawet nie wiem czy mi odpowiedzieli. Nie byłam zbytnio lubiana, to znaczy... Jeśli ludzie mieli do wyboru przebywać ze mną,a z kimś innym, to wybierali kogoś innego. W 98% przypadków.
Ale u nas w szkolę nie było znęcania, nie było hierarchii typu kujon--->zwyklak--->sportowiec.
U nas każdy był równy, jeśli ktoś zrobił coś upokarzającego to śmieli się z niego wszyscy,bez znaczenia czy był to kujon Nevel z drugiej klasy, czy Alan bogacz z czwartej.Tak samo jak ktoś zrobił coś fajnego. Dlatego byłam pewna,że nikt mnie nie wyśmieję,bo wiedziałam że rysuję nieźle. W drodze do dyrektora miałam zdecydować,czy pójdę do niego czy nie,jednak usłyszałam pikanie w telefonie. Wyjęłam go z kieszeni spodni i weszłam w wiadomości.
"Nie idź tam. Biegnij."
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o co chodzi. Po co mam biec?
Kolejne pikanie. Kolejna wiadomość.
"Na co czekasz?! Uciekaj stąd!"
Na korytarzu była cisza, zerknęłam na godzinę. 10.19, sześć minut do dzwonka.Postanowiłam je przeczekać, bo jak mam uciekać, to w grupie raźniej prawda?
Przez dwie minuty, mój telefon za wibrował co najmniej 5 razy, ale olewałam to. W końcu zadzwoniłam do brata, czyli mojego jedynego przyjaciela.
-Heeej Jamie, co tam brachu?
Usłyszałam ciszę w słuchawce.
- Och, James,nastrój na żarcik masz? Serio,nudzi mi się, pogadaj ze mną
- Re-e? Reb-Rebecca? - był naprawdę przerażony.
- Matko, przecież masz mnie tak zapisaną, więc wiesz kto dzwoni. - przekręciłam oczami. - A nie, przecież masz mnie jako 'Zdechła ryba,nie odbierać' No w każdym razie, to ja Ree, dobrze wiesz że nie lubię jak mówisz Rebecca.
- Ale, ale jakim cudem?
- Co znowu jakim cudem? O co ci biega?
-He, nic nic,nie ważne, co tam?
Okej, to było na maksa dziwne. Nigdy się tak nie zachowywał.
- W sumie to nic, wysłali mnie do dyra, dzień jak co dzień.
- Muszę kończyć, powodzenia.
- James?
Tego już raczej nie usłyszał, bo rozłączył się. Godzina 10.24, minuta do dzwonka. Postanowiłam wejść w sms'y, które wciąż do mnie przychodziły.
"Rebecco Blake, jeśli w tej chwili mnie nie posłuchasz i nie opuścisz tego korytarza spotkają cię bardzo niemiłe konsekwencje.' (4 minuty temu)
" Nie żartuję! Uciekaj stamtąd!'(4 minuty temu)
" Okej, jak sobie chcesz. Twoja sprawa.' (4 minuty temu)
" REBECCA! WYNOCHA STĄD'(2 minuty temu)
" Błagam cię, wyjdź na zewnątrz.' (2 minuty temu)
" Nie chcesz zobaczyć, tego co zaraz zobaczysz. " (1 minuta temu)
Podczas przeglądania przyszedł jeszcze jeden:
" Nie ma już odwrotu, no cóż, twoja sprawa" (9 sekund temu)
A potem następny.
"3..."
I kolejny.
"2.."
I znów.
"1.."
Dzwonek.
A potem wielki wybuch. Który w sumie nic takiego oprócz zburzenia jednej ściany nie zrobił. Dużo krzyków, zamieszania. Czy to oto temu numerowi chodziło? Jak tak, to miał całkowitą rację. Nie chciałam w tym uczestniczyć.Padłam na ziemię czołgając się za murek, ale nagle rozległ się taki pisk, który prawie rozerwał mi uszy. Czułam jak krwawią, ale jedynie zwijałam się w kłębek. Gdy on się skończył,panowała całkowita cisza.
- Gdzie ona jest? Do dyrektora nie dotarła, czekaliśmy tam na nią!
Wyjrzałam zza murku, by ocenić kto jest właścicielem tego donośnego głosu. Zobaczyłam dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał Waterlich za szyję, a drugi ściskał pistolet tuż koło jej skroni.
- Wybaczcie, zrobiłam wszystko, by tam się skierowała! Musiała stąd uciec!
Ten wyższy z nich walnął ją z pięści w twarz. Mimowolnie się skrzywiłam. Owszem, była niezłą jedzą, ale nawet ona nie zasługiwała na takie coś. Po chwili zapaliła mi się lampka w głowie.
Oni chcieli mnie.
Ten numer chciał mnie uratować.
Podczas, gdy reszta ekipy gości w kominiarkach przepytywała każdego, wycofałam się jak najciszej mogłam do tyłu. Jednak, jestem Rebecca Blake i musiałam coś schrzanić. Tym razem walnęłam stopą w metalowe wiadro. Nie było szans, by tego nie usłyszeli.
-Tam ktoś ucieka! Szefie, to chyba ona!
Całe życie biegnie przed oczami,a ja razem z nim.Nie oglądam się za siebie, wiem że mogę przez to stracić cenne sekundy. Dokładnie to dokąd biegnę? Nie mam pojęcia, ale słyszę ich głos. Są coraz bliżej. Popełniam ten błąd i odwracam się,by ocenić sytuację. Są daleko w tyle! Idealnie.
Zwalniam, ale nie zauważam pędzącego samochodu, pod którego koła wpadam.
- Otóż moi drodzy, w następnym tygodniu chcę tu, oto na tym biurku, widzieć wszystkie osiemnaście prac i nie interesuje mnie to, że nie mieliście czasu? Zrozumieliście?
Kończyłam właśnie rysować rogi dla mojego kosmicznego stworka, gdy ta stara jędza, zwana profesor Waterlich zaczęła coś do mnie mówić.
- Widzę panno Blake, że niezmierni się panience nudzi. Wstań i podejdź do biurka. Proszę mi wyjaśnić co to tak zwany epikureizm. - uśmiechała się z wyższością, jakby przekonana, że zaraz wpisze tą uwielbianą przez nią ocenę w moją rubrykę.
- Epikureizm to oczywiście nurt filozoficzno-etyczny, które twórcą był Epikur. - zaczęłam mówić słodkim głosikiem. - Polega on na dążeniu do..
-Siadaj Blake! I uważaj sobie na następny raz, na moich lekcjach nie ma rysowania! Patrzcie moi mili, oto co narysowała Rebecca.
Wstała i podchodziła do wszystkich pokazując tego nieszczęsnego kosmitka, jakby oczekując że ktoś mnie wyśmieje. Niedoczekanie.
- Jeśli pani tylko zechce, mogę nauczyć paniom tak rysować. To byłaby czysta przyjemność.
Swoją drogą, ciekawe czy próba upokorzenia ucznia była legalna. Gdy będę miała czas, na pewno to sprawdzę.
- Do dyrektora! Ja ci tu dam pyskowanie,chcesz wylecieć ze szkoły?
- Proszę się tak nie emocjonować, już biegnę. Pa wszystkim!
Nawet nie wiem czy mi odpowiedzieli. Nie byłam zbytnio lubiana, to znaczy... Jeśli ludzie mieli do wyboru przebywać ze mną,a z kimś innym, to wybierali kogoś innego. W 98% przypadków.
Ale u nas w szkolę nie było znęcania, nie było hierarchii typu kujon--->zwyklak--->sportowiec.
U nas każdy był równy, jeśli ktoś zrobił coś upokarzającego to śmieli się z niego wszyscy,bez znaczenia czy był to kujon Nevel z drugiej klasy, czy Alan bogacz z czwartej.Tak samo jak ktoś zrobił coś fajnego. Dlatego byłam pewna,że nikt mnie nie wyśmieję,bo wiedziałam że rysuję nieźle. W drodze do dyrektora miałam zdecydować,czy pójdę do niego czy nie,jednak usłyszałam pikanie w telefonie. Wyjęłam go z kieszeni spodni i weszłam w wiadomości.
"Nie idź tam. Biegnij."
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o co chodzi. Po co mam biec?
Kolejne pikanie. Kolejna wiadomość.
"Na co czekasz?! Uciekaj stąd!"
Na korytarzu była cisza, zerknęłam na godzinę. 10.19, sześć minut do dzwonka.Postanowiłam je przeczekać, bo jak mam uciekać, to w grupie raźniej prawda?
Przez dwie minuty, mój telefon za wibrował co najmniej 5 razy, ale olewałam to. W końcu zadzwoniłam do brata, czyli mojego jedynego przyjaciela.
-Heeej Jamie, co tam brachu?
Usłyszałam ciszę w słuchawce.
- Och, James,nastrój na żarcik masz? Serio,nudzi mi się, pogadaj ze mną
- Re-e? Reb-Rebecca? - był naprawdę przerażony.
- Matko, przecież masz mnie tak zapisaną, więc wiesz kto dzwoni. - przekręciłam oczami. - A nie, przecież masz mnie jako 'Zdechła ryba,nie odbierać' No w każdym razie, to ja Ree, dobrze wiesz że nie lubię jak mówisz Rebecca.
- Ale, ale jakim cudem?
- Co znowu jakim cudem? O co ci biega?
-He, nic nic,nie ważne, co tam?
Okej, to było na maksa dziwne. Nigdy się tak nie zachowywał.
- W sumie to nic, wysłali mnie do dyra, dzień jak co dzień.
- Muszę kończyć, powodzenia.
- James?
Tego już raczej nie usłyszał, bo rozłączył się. Godzina 10.24, minuta do dzwonka. Postanowiłam wejść w sms'y, które wciąż do mnie przychodziły.
"Rebecco Blake, jeśli w tej chwili mnie nie posłuchasz i nie opuścisz tego korytarza spotkają cię bardzo niemiłe konsekwencje.' (4 minuty temu)
" Nie żartuję! Uciekaj stamtąd!'(4 minuty temu)
" Okej, jak sobie chcesz. Twoja sprawa.' (4 minuty temu)
" REBECCA! WYNOCHA STĄD'(2 minuty temu)
" Błagam cię, wyjdź na zewnątrz.' (2 minuty temu)
" Nie chcesz zobaczyć, tego co zaraz zobaczysz. " (1 minuta temu)
Podczas przeglądania przyszedł jeszcze jeden:
" Nie ma już odwrotu, no cóż, twoja sprawa" (9 sekund temu)
A potem następny.
"3..."
I kolejny.
"2.."
I znów.
"1.."
Dzwonek.
A potem wielki wybuch. Który w sumie nic takiego oprócz zburzenia jednej ściany nie zrobił. Dużo krzyków, zamieszania. Czy to oto temu numerowi chodziło? Jak tak, to miał całkowitą rację. Nie chciałam w tym uczestniczyć.Padłam na ziemię czołgając się za murek, ale nagle rozległ się taki pisk, który prawie rozerwał mi uszy. Czułam jak krwawią, ale jedynie zwijałam się w kłębek. Gdy on się skończył,panowała całkowita cisza.
- Gdzie ona jest? Do dyrektora nie dotarła, czekaliśmy tam na nią!
Wyjrzałam zza murku, by ocenić kto jest właścicielem tego donośnego głosu. Zobaczyłam dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał Waterlich za szyję, a drugi ściskał pistolet tuż koło jej skroni.
- Wybaczcie, zrobiłam wszystko, by tam się skierowała! Musiała stąd uciec!
Ten wyższy z nich walnął ją z pięści w twarz. Mimowolnie się skrzywiłam. Owszem, była niezłą jedzą, ale nawet ona nie zasługiwała na takie coś. Po chwili zapaliła mi się lampka w głowie.
Oni chcieli mnie.
Ten numer chciał mnie uratować.
Podczas, gdy reszta ekipy gości w kominiarkach przepytywała każdego, wycofałam się jak najciszej mogłam do tyłu. Jednak, jestem Rebecca Blake i musiałam coś schrzanić. Tym razem walnęłam stopą w metalowe wiadro. Nie było szans, by tego nie usłyszeli.
-Tam ktoś ucieka! Szefie, to chyba ona!
Całe życie biegnie przed oczami,a ja razem z nim.Nie oglądam się za siebie, wiem że mogę przez to stracić cenne sekundy. Dokładnie to dokąd biegnę? Nie mam pojęcia, ale słyszę ich głos. Są coraz bliżej. Popełniam ten błąd i odwracam się,by ocenić sytuację. Są daleko w tyle! Idealnie.
Zwalniam, ale nie zauważam pędzącego samochodu, pod którego koła wpadam.
-3-
~ Dzień przed wydarzeniami z prologu ~
- Molly Anderwed, masz pięć minut na powrót do domu, bo inaczej sobie pogadamy!
Byłam aktualnie z przyjaciółmi w klubie, więc ani mi się śniło wracać do domu, za dobrze się bawilam! Poza tym, była 21 w sobotę, ludzie, nie mam dziewięciu lat, miesiąc temu skończyłam siedemnaśćie!
- Trrr, nie słyszę nic Aaaa ale głośno u tej Lydii dziś, noo, przeszkadza nam to w projekcie bardzo
To chyba fakt, ze dużo wypiłam sprawił że igrałam z ogniem. Wiedziałam, że będę tego żałować, ale aktualnie miałam to gdzieś, bo bawiłam się świetnie
- Witamy panią bardzo serdeeeecznie, u nas wszystko dobrze, punkt 22 do lozek i gasimy światło. - telefon został mi wyrwany przez Marcusa. A na to wszystko patrzala jakby nieobecna Amélie. Mieszkała kiedyś we Francji, więc nagła przeprowadzka do Nowego Jorku musiała zrobić na niej duże wrażenie. Rzadko cokolwiek mówiła, chociaż chyba dzisiaj jakoś szczególnie byłą cicha. Ale my zawsze trzymamy się z tymi dziwnymi, których nikt nie lubi. Nie wyzywamy, to nas wyzywają. Ale zawsze się za siebie wstawiamy. Tak ogromnie się różnimy. Wiem jednak, ze za każdego wskoczyłabym w ogień. Czy to Dla Lydii, Amélie, Luke'a czy Marcusa. Wszyscy byli dla mnie niczym powietrze, potrzebowałam ich.
- W TEJ CHWILI DO DOMU!
- Bo co mi zrobisz, Jezuu.
Rzuciłam telefon na podłogę. Teraz to już w sumie nie telefon, tylko parę kawałków które kiedyś telefonem były. Popatrzyłam przez chwilę na to, ale jakoś bez żalu. Mówi rodzice byli bogaci, chociaż naprawdę wolała bym żebyśmy żyli skromnie, ale żeby im na mnie zależało. zeby wreszcie mnie kochali. Wyzerowałam ostatnią dwusetkę wódki i radosnym tonem zaalarmowałam:
-Słuchajcie ludziki moje drogie, ja spadam już na chatę, bo mi matka na zawał zejdzie
- Zejdzie jak cię zobaczy, mała. Alkohol plus twoja biała cera nie łączą nie za dobrze.
Luke miał rację, wyglądałam często jak upiór, bo specjalnie pomalowalam włosy na czarno i używałam białego pudru. Podobał mi się taki styl, no co, młoda jestem, to mogę. Wyszłam z wielkiego budynku chwiejąc się, w sumie prawie przewracając. Nawet nie wiem jak nas tu wpuścili, ten klub był tylko dla pełnoletnich. Luke mruknął coś (możliwe, że krzyczał, ale nie kontaktowałam za bardzo) że odprowadzi mnie, bo nie będę tak po ulicy łazić i straszyć, ale wiem, że się o mnie martwił. Po niezwykle długiej dyskusji uciekłam niezauważona, by mnie nie dogonił. W sumie, to nie będę straszyć ludzi, ma rację. Wybrałam drogę przez las, była krótsza,a poza tym miałam do niej sentyment. Zaczęło mi się trochę zamazywać przed oczami, ale byłam wytrwała, 15 minut nic nie zrobi. Wypatrywałam różnych rzeczy na drzewach, ale było juz ciemno, więc nie miałam tez jak. Usłyszałam szelest więc odwróciłam się, jednak nikogo nie zobaczyłam. Szlam dalej spokojnie, aż do ostatniego zakrętu wyjścia z lasku.
- Cas, kochanie, poczekaj!
Usłyszałam rozpaczliwy krzyk więc rozejrzałam się Nie znalazłam w zasięgu wzroku właściciela głosu. Poszlam więc szybkim krokiem, bo zaczynało robić się trochę dziwnie, a że zauważyłam to będąc kompletnie nawaloną, prawdopodobnie było mocno dziwnie.
- Tak nie będzie, wracaj tu Cass!
Rzuciłam się biegiem na wprost. Tylko kilka metrów, musisz zdążyć, Molls. Chwyciłam klamkę od drzwi prowadzących do wejścia do apartamentu wielopiętrowego moich rodziców. Zamknięte! Zaczęłam szybko wpisywać kod,ale jak na złość, musiałam się pomylić
- Cassidy, pożałujesz tego! Pożałujesz!
Jest! Udało mi się! Zamknęłam drzwi za sobą i oparłam się o ścianę. Głównie dlatego, że musiałam ochłonąć, to że ledwo trzymałam się na nogach to szczegół. Do mojego mózgu doszła ważna informacja. Ja nie mam na imię Cassidy. Na korytarzu rozległ się mój donośny śmiech. Boże, Molly, ale ty jesteś głupia. Pewnie ma cię teraz za wariatkę, bo uciekłaś od jego głosu adresowanego do kogoś innego. Oparłam się o ścianę i walnęłam głową w moją skrzynkę pocztową. Wyleciał z niej list, więc skoro już wypadł to go podniosłam.
- Adresat Margot Anderwed. W sumie to rodzina, więc mogę otworzyć, kto by się dowiedział.
W kopercie znajdywała się tylko biała kartka. Serio, żadnej literki, niczego. Wzruszyłam ramionami i zgniotłam kartkę siadając pod windą.Zamknęłam oczy myśląc co teraz zrobię,bo przecież nie wrócę do domu, ale poczułam dziwny zapach. Robił się coraz silniejszy, więc otworzyłam oczy i ujrzałam, że zgnieciona kartka zaczyna robić się zielona i to z niej coś wylatuje. Robiło mi się słabo, chciałam uciekać, jednak jakby niewidzialna dłoń przytrzymywała mnie. Ostatnim co zobaczyłam, chwilę przed omdleniem były pojawiające się na kartce słowa.
"To twoja wina, skarbie xx"
- Molly Anderwed, masz pięć minut na powrót do domu, bo inaczej sobie pogadamy!
Byłam aktualnie z przyjaciółmi w klubie, więc ani mi się śniło wracać do domu, za dobrze się bawilam! Poza tym, była 21 w sobotę, ludzie, nie mam dziewięciu lat, miesiąc temu skończyłam siedemnaśćie!
- Trrr, nie słyszę nic Aaaa ale głośno u tej Lydii dziś, noo, przeszkadza nam to w projekcie bardzo
To chyba fakt, ze dużo wypiłam sprawił że igrałam z ogniem. Wiedziałam, że będę tego żałować, ale aktualnie miałam to gdzieś, bo bawiłam się świetnie
- Witamy panią bardzo serdeeeecznie, u nas wszystko dobrze, punkt 22 do lozek i gasimy światło. - telefon został mi wyrwany przez Marcusa. A na to wszystko patrzala jakby nieobecna Amélie. Mieszkała kiedyś we Francji, więc nagła przeprowadzka do Nowego Jorku musiała zrobić na niej duże wrażenie. Rzadko cokolwiek mówiła, chociaż chyba dzisiaj jakoś szczególnie byłą cicha. Ale my zawsze trzymamy się z tymi dziwnymi, których nikt nie lubi. Nie wyzywamy, to nas wyzywają. Ale zawsze się za siebie wstawiamy. Tak ogromnie się różnimy. Wiem jednak, ze za każdego wskoczyłabym w ogień. Czy to Dla Lydii, Amélie, Luke'a czy Marcusa. Wszyscy byli dla mnie niczym powietrze, potrzebowałam ich.
- W TEJ CHWILI DO DOMU!
- Bo co mi zrobisz, Jezuu.
Rzuciłam telefon na podłogę. Teraz to już w sumie nie telefon, tylko parę kawałków które kiedyś telefonem były. Popatrzyłam przez chwilę na to, ale jakoś bez żalu. Mówi rodzice byli bogaci, chociaż naprawdę wolała bym żebyśmy żyli skromnie, ale żeby im na mnie zależało. zeby wreszcie mnie kochali. Wyzerowałam ostatnią dwusetkę wódki i radosnym tonem zaalarmowałam:
-Słuchajcie ludziki moje drogie, ja spadam już na chatę, bo mi matka na zawał zejdzie
- Zejdzie jak cię zobaczy, mała. Alkohol plus twoja biała cera nie łączą nie za dobrze.
Luke miał rację, wyglądałam często jak upiór, bo specjalnie pomalowalam włosy na czarno i używałam białego pudru. Podobał mi się taki styl, no co, młoda jestem, to mogę. Wyszłam z wielkiego budynku chwiejąc się, w sumie prawie przewracając. Nawet nie wiem jak nas tu wpuścili, ten klub był tylko dla pełnoletnich. Luke mruknął coś (możliwe, że krzyczał, ale nie kontaktowałam za bardzo) że odprowadzi mnie, bo nie będę tak po ulicy łazić i straszyć, ale wiem, że się o mnie martwił. Po niezwykle długiej dyskusji uciekłam niezauważona, by mnie nie dogonił. W sumie, to nie będę straszyć ludzi, ma rację. Wybrałam drogę przez las, była krótsza,a poza tym miałam do niej sentyment. Zaczęło mi się trochę zamazywać przed oczami, ale byłam wytrwała, 15 minut nic nie zrobi. Wypatrywałam różnych rzeczy na drzewach, ale było juz ciemno, więc nie miałam tez jak. Usłyszałam szelest więc odwróciłam się, jednak nikogo nie zobaczyłam. Szlam dalej spokojnie, aż do ostatniego zakrętu wyjścia z lasku.
- Cas, kochanie, poczekaj!
Usłyszałam rozpaczliwy krzyk więc rozejrzałam się Nie znalazłam w zasięgu wzroku właściciela głosu. Poszlam więc szybkim krokiem, bo zaczynało robić się trochę dziwnie, a że zauważyłam to będąc kompletnie nawaloną, prawdopodobnie było mocno dziwnie.
- Tak nie będzie, wracaj tu Cass!
Rzuciłam się biegiem na wprost. Tylko kilka metrów, musisz zdążyć, Molls. Chwyciłam klamkę od drzwi prowadzących do wejścia do apartamentu wielopiętrowego moich rodziców. Zamknięte! Zaczęłam szybko wpisywać kod,ale jak na złość, musiałam się pomylić
- Cassidy, pożałujesz tego! Pożałujesz!
Jest! Udało mi się! Zamknęłam drzwi za sobą i oparłam się o ścianę. Głównie dlatego, że musiałam ochłonąć, to że ledwo trzymałam się na nogach to szczegół. Do mojego mózgu doszła ważna informacja. Ja nie mam na imię Cassidy. Na korytarzu rozległ się mój donośny śmiech. Boże, Molly, ale ty jesteś głupia. Pewnie ma cię teraz za wariatkę, bo uciekłaś od jego głosu adresowanego do kogoś innego. Oparłam się o ścianę i walnęłam głową w moją skrzynkę pocztową. Wyleciał z niej list, więc skoro już wypadł to go podniosłam.
- Adresat Margot Anderwed. W sumie to rodzina, więc mogę otworzyć, kto by się dowiedział.
W kopercie znajdywała się tylko biała kartka. Serio, żadnej literki, niczego. Wzruszyłam ramionami i zgniotłam kartkę siadając pod windą.Zamknęłam oczy myśląc co teraz zrobię,bo przecież nie wrócę do domu, ale poczułam dziwny zapach. Robił się coraz silniejszy, więc otworzyłam oczy i ujrzałam, że zgnieciona kartka zaczyna robić się zielona i to z niej coś wylatuje. Robiło mi się słabo, chciałam uciekać, jednak jakby niewidzialna dłoń przytrzymywała mnie. Ostatnim co zobaczyłam, chwilę przed omdleniem były pojawiające się na kartce słowa.
"To twoja wina, skarbie xx"
-2-
~ Dzień przed wydarzeniami z prologu ~
Dochodziła godzina piętnasta, kalifornijska pogoda dawała się we znaki, bo pomimo krótkiego rękawka i szortów, wciąż umierałam z gorąca.
- Max, uważasz że dobrze wyglądam w tej spódniczce? - zapytałam nerwowo, bo nie wiedziałam jaki ma humor. Nie chciałam go znowu zdenerwować.- Mam pomysł, chcesz go usłyszeć?
- Może być. Nie, nie chce usłyszeć i zamknij się już.
Przełknęłam po cichu ślinę starając się zachowywać jak najdyskretniej.
- Może pojdziemy do kfc? Jest tutaj obok. Ja stawiam.
- Nie powinnaś może pomyśleć trochę o tym jak wyglądasz? Znowu robisz się gruba, a dobrze wiesz że jak przekroczysz 44 kg to zrywam z tobą.
Patrzyłam w lustro wiszące w przymierzalni starając się nie rozplakać. Nie przy nim.
- Staram się jak mogę, zaczęłam ćwiczyć, ale...
Złapał mnie za podbródek i spojrzał mi ostro w oczy, a ja modlilam się żeby mnie nie uderzył. Muszę ćwiczyć bardziej.
- I co z tego Skyller jeśli tego nie widać? - spojrzałam w lustro. Ja to widziałam. Kości zaczęły mi powoli wychodzić, a ja cała ważyłam stanowczo za mało jak na metr siedemdziesiąt. Ale będę ćwiczyć jeszcze mocniej jeśli uszczęśliwię go tym. - Idę do Catherine.
- A-Ale jak to? Po co? To twoja była i martwię się, że..
- To nie twoja sprawa idiotko!
Trzask.
Uderzył mnie. Dzisiaj drugi raz, więc nie jest aż tak źle. Czasem dochodziło do ośmiu.
Ale mimo wszystko,kochałam go. Nienormalnie i niemoralnie,ale kochałam ponad życie. W szkolę uchodzimy za najlepszą parę, główna cheerleaderka i kapitan drużyny. Tak musiało być. Ale jestem pewna, że on też mnie kocha, tylko nie umie tego okazać. Ostatnio zabrał mnie na kolację i było naprawdę miło! Poprawiłam jeszcze makijaż i wyszłam kupując kilka ubrań. Nagle poczułam uderzenie przez które prawie upadlam.
- E, h-hej przepraszam Sky, b-bo ja się tak zastanawiam, cz-czy.. A dobra nie ważne, to na razie... Tylko nikomu nie mów, że do ciebie zagadałem! Jeszcze bardziej nie będę miał życia...
To był Rick. Jeden z chłopaków z mojej szkoły któremu wszyscy dokuczają, bo się dobrze uczy.
- Hej! Wracaj, spokojnie, mów co chciales powiedzieć. - starałam się go uspokoić bo byl bardzo zestresowany.
- Bo ja chciales tylko zapytać czy shhshs. -mruknal tak cicho ze nic nie zrozumiałam
-Słucham Rick? Musisz mówić głośniej.
- Czy pojdziesz ze mną do kina.... Nie przepraszam! Rick ty debilu..
- Och. No jasne, teraz czy później?
Chłopak wyraźnie się zestresowal i pobladł.
-Co?! Nie, nie, nie, eee pomyłka muszę Kończyć
-Rick spokojnie, oczywiście ze z toba pójdę. Daj mi 5 minut i widzimy sie pod kinem, wybierz film dobra?To do zobaczenia!
Wolał cos za mną, ale zatkałam uszy udając ze go nie słyszę. Był przeuroczy wymigujac się od tego o co zapytał. Poszłam zobaczyć do toalety jak wyglądam. Kawowe włosy opadały kaskadami na ramiona. Nie było nawet śladu po Max'ie. Przejechałam blyszczykiem po ustach i ruszyłam w stronę niewielkiego, galeriowego kina, gdzie Rick juz czekał. Wyglądał jakby miał się rozpalakac.
- To co, idziemy?
Wzielam go pod pache zanim zdążył zaprzeczyć po czym ruszylismy do sali.
Film ogółem nie był za ciekawy, ale w pewnym momencie Rick złapał mnie za ręke, można było wyczuć ze cały się trząsł. Położyłam głowę na jego ramieniu, gdy nagle poczułam łzy na poliku.
- Hej, tak wzruszył się ten film? W sumie to komedia, ale mi też się to zdarzało, także spokojnie!
Odpowiedziała mi cisza więc odezwałam się znowu, trochę zaniepokojona.
- Halo, żyjesz? Wybacz, nie chce mi się wstać, wygodnie tu.
- Mówiłem żebyś poszła stąd! Sky, do cholery jasnej, Sky, przepraszam.
-Ale o co ci chodzi? Rick?
- To ty to chciałaś, przepraszam.
Poczułam delikatne ukłucie w okolicach pleców, a po chwili zaczęłam tracić zdolność ruszania kończynami,a i mówienie przynosiło pewną trudność.
- Rick? To nie jest zabawne, przestań!
- Kiedyś zrozumiesz. Śpij dobrze, słoneczko.
Jego usta pocałowały moje czoło.
A potem nie czułam już nic.
Dochodziła godzina piętnasta, kalifornijska pogoda dawała się we znaki, bo pomimo krótkiego rękawka i szortów, wciąż umierałam z gorąca.
- Max, uważasz że dobrze wyglądam w tej spódniczce? - zapytałam nerwowo, bo nie wiedziałam jaki ma humor. Nie chciałam go znowu zdenerwować.- Mam pomysł, chcesz go usłyszeć?
- Może być. Nie, nie chce usłyszeć i zamknij się już.
Przełknęłam po cichu ślinę starając się zachowywać jak najdyskretniej.
- Może pojdziemy do kfc? Jest tutaj obok. Ja stawiam.
- Nie powinnaś może pomyśleć trochę o tym jak wyglądasz? Znowu robisz się gruba, a dobrze wiesz że jak przekroczysz 44 kg to zrywam z tobą.
Patrzyłam w lustro wiszące w przymierzalni starając się nie rozplakać. Nie przy nim.
- Staram się jak mogę, zaczęłam ćwiczyć, ale...
Złapał mnie za podbródek i spojrzał mi ostro w oczy, a ja modlilam się żeby mnie nie uderzył. Muszę ćwiczyć bardziej.
- I co z tego Skyller jeśli tego nie widać? - spojrzałam w lustro. Ja to widziałam. Kości zaczęły mi powoli wychodzić, a ja cała ważyłam stanowczo za mało jak na metr siedemdziesiąt. Ale będę ćwiczyć jeszcze mocniej jeśli uszczęśliwię go tym. - Idę do Catherine.
- A-Ale jak to? Po co? To twoja była i martwię się, że..
- To nie twoja sprawa idiotko!
Trzask.
Uderzył mnie. Dzisiaj drugi raz, więc nie jest aż tak źle. Czasem dochodziło do ośmiu.
Ale mimo wszystko,kochałam go. Nienormalnie i niemoralnie,ale kochałam ponad życie. W szkolę uchodzimy za najlepszą parę, główna cheerleaderka i kapitan drużyny. Tak musiało być. Ale jestem pewna, że on też mnie kocha, tylko nie umie tego okazać. Ostatnio zabrał mnie na kolację i było naprawdę miło! Poprawiłam jeszcze makijaż i wyszłam kupując kilka ubrań. Nagle poczułam uderzenie przez które prawie upadlam.
- E, h-hej przepraszam Sky, b-bo ja się tak zastanawiam, cz-czy.. A dobra nie ważne, to na razie... Tylko nikomu nie mów, że do ciebie zagadałem! Jeszcze bardziej nie będę miał życia...
To był Rick. Jeden z chłopaków z mojej szkoły któremu wszyscy dokuczają, bo się dobrze uczy.
- Hej! Wracaj, spokojnie, mów co chciales powiedzieć. - starałam się go uspokoić bo byl bardzo zestresowany.
- Bo ja chciales tylko zapytać czy shhshs. -mruknal tak cicho ze nic nie zrozumiałam
-Słucham Rick? Musisz mówić głośniej.
- Czy pojdziesz ze mną do kina.... Nie przepraszam! Rick ty debilu..
- Och. No jasne, teraz czy później?
Chłopak wyraźnie się zestresowal i pobladł.
-Co?! Nie, nie, nie, eee pomyłka muszę Kończyć
-Rick spokojnie, oczywiście ze z toba pójdę. Daj mi 5 minut i widzimy sie pod kinem, wybierz film dobra?To do zobaczenia!
Wolał cos za mną, ale zatkałam uszy udając ze go nie słyszę. Był przeuroczy wymigujac się od tego o co zapytał. Poszłam zobaczyć do toalety jak wyglądam. Kawowe włosy opadały kaskadami na ramiona. Nie było nawet śladu po Max'ie. Przejechałam blyszczykiem po ustach i ruszyłam w stronę niewielkiego, galeriowego kina, gdzie Rick juz czekał. Wyglądał jakby miał się rozpalakac.
- To co, idziemy?
Wzielam go pod pache zanim zdążył zaprzeczyć po czym ruszylismy do sali.
Film ogółem nie był za ciekawy, ale w pewnym momencie Rick złapał mnie za ręke, można było wyczuć ze cały się trząsł. Położyłam głowę na jego ramieniu, gdy nagle poczułam łzy na poliku.
- Hej, tak wzruszył się ten film? W sumie to komedia, ale mi też się to zdarzało, także spokojnie!
Odpowiedziała mi cisza więc odezwałam się znowu, trochę zaniepokojona.
- Halo, żyjesz? Wybacz, nie chce mi się wstać, wygodnie tu.
- Mówiłem żebyś poszła stąd! Sky, do cholery jasnej, Sky, przepraszam.
-Ale o co ci chodzi? Rick?
- To ty to chciałaś, przepraszam.
Poczułam delikatne ukłucie w okolicach pleców, a po chwili zaczęłam tracić zdolność ruszania kończynami,a i mówienie przynosiło pewną trudność.
- Rick? To nie jest zabawne, przestań!
- Kiedyś zrozumiesz. Śpij dobrze, słoneczko.
Jego usta pocałowały moje czoło.
A potem nie czułam już nic.
-1-
~ Dzień przed wydarzeniami z prologu ~
Bip. Bip. Bip
Otwieram oczy i budzę się na podłodze. Po jakimś czasie stało się to dla mnie normalne. Bardzo się kręcę przez sen, przez koszmary, których na drugi dzień nie pamiętam. Świetna sprawa, co?
- Elizabeth! Do cholery jasnej, ile razy mam ci powtarzać, żebyś uważała, dziecko drogie, wiesz że mogłaś zrobić sobie teraz krzywdę?! Chyba nie chcesz trafić do szpitala?! - moja mama już od rana postanowiła zbombardować mnie swoimi naukami o bezpieczeństwie. Dla niej wszystko to potencjalna okazja na skrzywdzenie mnie. Podobno ten piekielny wypadek wszystko zmienił.
- Naprawdę boli mnie głowa, więc nie krzycz na miłość boską, na dodatek nie wyłączyłam budzika, a dziś sobota. Właśnie, dziś sobota! Muszę iść do Katy, mogę prawda?
Zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem, ale oczywiście się zgodziła. Jako, że Katy mieszkała naprzeciwko mnie, nie ubierałam się jakoś szczególnie. Poprawiłam swoje rude loki, których szczerze nie znosiłam, wrzuciłam na siebie byle jakie dresy, żeby jak najszybciej do niej podbiec. Przyjaźnimy się od kiedy tylko się tu wprowadziłam, czyli od kiedy miałyśmy 14 lat.
Kochałam ją, to była moja siostra, wszystko robiłyśmy razem. Zawsze mi pomagała.
Wybiegłam z domu, ale przypomniałam sobie, że jej jeszcze nie ma,dlatego wróciłam się. Przypadkowo wpadłam na jakiegoś mężczyznę.
- Umm przepraszam. - rzuciłam szybko i miałam zamiar go wyminąć jednak przytrzymał mi ramię.
- Bardzo się zmieniłaś od tamtego razu.
- To chyba pomyłka, ja pana nie znam. - zaczynało się robić bardzo dziwnie, więc ponownie podjęłam próbę ominięcia go. Jakie jednak miałam szansę mając niecałe metr pięćdziesiąt sześć z facetem, który miał co najmniej 25 centymetrów więcej?
\- Oczywiście, że mnie znasz... Jak to ci dali na imię? Beth? Doprawdy nie pasuje ono do ciebie, kochanie.
- Przepraszam, ale muszę już iść. - tym razem udało mi się wyrwać z jego uścisku i chciałam już pobiec, w końcu tylko kilka metrów dalej była moja furtka.
- Pamiętaj, ciężko mi to przechodzi przez gardło,ale niech będzie, pamiętaj ELIZABETH, cokolwiek się stanie, chciałaś tego. Poza tym, jak ci się podoba w Teksasie? Musi to być niezła zmiana temperatur.
- P-proszę mnie zostawić i sobie iść.
Spojrzałam jeszcze w jego zielone oczy, które wydawały mi się znajome, i to aż za bardzo, po czym rzuciłam się biegiem do domu,jakby nie wierząc, że on mógłby mnie sam zostawić, i gdzieś tam z tyłu biegnie za mną. To było bardzo dziwne, a ja czułam wielki niepokój związany z tą sprawą. W domu postanowiłam dla relaksu porobić sobie zdjęcia, ale to i tak nic nie dało, więc usiadłam w salonie oglądając jakiś nudny film, gdy nagle zadzwoniła Katy.
- Co tam lala? - lubiłam tak na nią mówić,pasowało to do niej. Lubiła się stroić.
- Be...Beth! Pomóż mi!
- Katie,co się dzieje? Gdzie jesteś? Co się stało?
- Oni tu przyszli,błagam cię uratuj mnie. - prawie płakała, a zawsze to ona była silniejsza ode mnie.
- Uspokój się, kto przyszedł? Gdzie jesteś?
- U mnie domu. - usłyszałam huk, który jeszcze bardziej mnie przestraszył. Potem był tylko jej krzyk i pikanie oznaczające przerwanie połączenia.
Wybiegłam z domu w dokładnie w tej samej sekundzie w jakiej zakończyła się rozmowa.
Bardzo się bałam, ale Katy była dla mnie najważniejsza, ona była ponad wszystko.
Weszłam do jej domu najciszej jak się dało, a było to trudne, bo panował tak taki mrok, że nic nie widziałam. Wszystkie rolety były pozasłaniane.Wokół była tylko głucha cisza. Nagle ktoś zasłonił mi usta,a ze schodów zeszła Katy. Próbowałam krzyczeć, żeby uciekała, ale nie mogłam wydusić żadnych słów.
- Miłych snów, Elizabeth. - pomachała mi uśmiechając się.
Przez myśl przeszło mi, że ona wcale nie jest w niebezpieczeństwie, tylko ja. Nie,nie, nie, Elizabeth idiotko, Katy by cię nie zdradziła. To nie może być prawda!
- No walnij ją, na co czekasz? Nigdy cię nie chciała, nie miej wyrzutów sumienia frajerze! Nawet nie wie kim jesteś.- zwracała się najwyraźniej do osoby która mnie trzymała. A mi powoli zaczynało brakować powietrza. Byłam zdezorientowana, ale wolałabym umrzeć tu i teraz,niż wiedzieć,że to ona za tym wszystkim stoi. To rozrywało mi serce, z sekundy na sekundę coraz mocniej. Zdrada boli bardziej od wszystkiego, zawsze.- Och, daj, ja to zrobię. Żegnaj Beth, samolubna szmato. Jak można zrobić to własnym rodzicom i przyjaciołom?
Potem był tylko ból i ciemność.
Bip. Bip. Bip
Otwieram oczy i budzę się na podłodze. Po jakimś czasie stało się to dla mnie normalne. Bardzo się kręcę przez sen, przez koszmary, których na drugi dzień nie pamiętam. Świetna sprawa, co?
- Elizabeth! Do cholery jasnej, ile razy mam ci powtarzać, żebyś uważała, dziecko drogie, wiesz że mogłaś zrobić sobie teraz krzywdę?! Chyba nie chcesz trafić do szpitala?! - moja mama już od rana postanowiła zbombardować mnie swoimi naukami o bezpieczeństwie. Dla niej wszystko to potencjalna okazja na skrzywdzenie mnie. Podobno ten piekielny wypadek wszystko zmienił.
- Naprawdę boli mnie głowa, więc nie krzycz na miłość boską, na dodatek nie wyłączyłam budzika, a dziś sobota. Właśnie, dziś sobota! Muszę iść do Katy, mogę prawda?
Zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem, ale oczywiście się zgodziła. Jako, że Katy mieszkała naprzeciwko mnie, nie ubierałam się jakoś szczególnie. Poprawiłam swoje rude loki, których szczerze nie znosiłam, wrzuciłam na siebie byle jakie dresy, żeby jak najszybciej do niej podbiec. Przyjaźnimy się od kiedy tylko się tu wprowadziłam, czyli od kiedy miałyśmy 14 lat.
Kochałam ją, to była moja siostra, wszystko robiłyśmy razem. Zawsze mi pomagała.
Wybiegłam z domu, ale przypomniałam sobie, że jej jeszcze nie ma,dlatego wróciłam się. Przypadkowo wpadłam na jakiegoś mężczyznę.
- Umm przepraszam. - rzuciłam szybko i miałam zamiar go wyminąć jednak przytrzymał mi ramię.
- Bardzo się zmieniłaś od tamtego razu.
- To chyba pomyłka, ja pana nie znam. - zaczynało się robić bardzo dziwnie, więc ponownie podjęłam próbę ominięcia go. Jakie jednak miałam szansę mając niecałe metr pięćdziesiąt sześć z facetem, który miał co najmniej 25 centymetrów więcej?
\- Oczywiście, że mnie znasz... Jak to ci dali na imię? Beth? Doprawdy nie pasuje ono do ciebie, kochanie.
- Przepraszam, ale muszę już iść. - tym razem udało mi się wyrwać z jego uścisku i chciałam już pobiec, w końcu tylko kilka metrów dalej była moja furtka.
- Pamiętaj, ciężko mi to przechodzi przez gardło,ale niech będzie, pamiętaj ELIZABETH, cokolwiek się stanie, chciałaś tego. Poza tym, jak ci się podoba w Teksasie? Musi to być niezła zmiana temperatur.
- P-proszę mnie zostawić i sobie iść.
Spojrzałam jeszcze w jego zielone oczy, które wydawały mi się znajome, i to aż za bardzo, po czym rzuciłam się biegiem do domu,jakby nie wierząc, że on mógłby mnie sam zostawić, i gdzieś tam z tyłu biegnie za mną. To było bardzo dziwne, a ja czułam wielki niepokój związany z tą sprawą. W domu postanowiłam dla relaksu porobić sobie zdjęcia, ale to i tak nic nie dało, więc usiadłam w salonie oglądając jakiś nudny film, gdy nagle zadzwoniła Katy.
- Co tam lala? - lubiłam tak na nią mówić,pasowało to do niej. Lubiła się stroić.
- Be...Beth! Pomóż mi!
- Katie,co się dzieje? Gdzie jesteś? Co się stało?
- Oni tu przyszli,błagam cię uratuj mnie. - prawie płakała, a zawsze to ona była silniejsza ode mnie.
- Uspokój się, kto przyszedł? Gdzie jesteś?
- U mnie domu. - usłyszałam huk, który jeszcze bardziej mnie przestraszył. Potem był tylko jej krzyk i pikanie oznaczające przerwanie połączenia.
Wybiegłam z domu w dokładnie w tej samej sekundzie w jakiej zakończyła się rozmowa.
Bardzo się bałam, ale Katy była dla mnie najważniejsza, ona była ponad wszystko.
Weszłam do jej domu najciszej jak się dało, a było to trudne, bo panował tak taki mrok, że nic nie widziałam. Wszystkie rolety były pozasłaniane.Wokół była tylko głucha cisza. Nagle ktoś zasłonił mi usta,a ze schodów zeszła Katy. Próbowałam krzyczeć, żeby uciekała, ale nie mogłam wydusić żadnych słów.
- Miłych snów, Elizabeth. - pomachała mi uśmiechając się.
Przez myśl przeszło mi, że ona wcale nie jest w niebezpieczeństwie, tylko ja. Nie,nie, nie, Elizabeth idiotko, Katy by cię nie zdradziła. To nie może być prawda!
- No walnij ją, na co czekasz? Nigdy cię nie chciała, nie miej wyrzutów sumienia frajerze! Nawet nie wie kim jesteś.- zwracała się najwyraźniej do osoby która mnie trzymała. A mi powoli zaczynało brakować powietrza. Byłam zdezorientowana, ale wolałabym umrzeć tu i teraz,niż wiedzieć,że to ona za tym wszystkim stoi. To rozrywało mi serce, z sekundy na sekundę coraz mocniej. Zdrada boli bardziej od wszystkiego, zawsze.- Och, daj, ja to zrobię. Żegnaj Beth, samolubna szmato. Jak można zrobić to własnym rodzicom i przyjaciołom?
Potem był tylko ból i ciemność.
czwartek, 21 września 2017
Prolog
Trzy tysiące sześćdziesiąt dwa. Trzy tysiące sześćdziesiąt trzy.
Kiedy to się wreszcie skończy? Nie wiem ile tu jestem, wiem tylko że od kiedy zajarzyłam dość ważny fakt, że zostałam porwana, to minęło trzy tysięcy sześćdziesiąt trzy sekundy. Ugh, teraz pewnie coś około trzech tysięcy siedemdziesięciu,przy dobrych wiatrach może dobiło to do siedemdziesięciu pięciu. Znacie to uczucie, gdy na matmie ciekawe staje się liczenie sekund do końca lekcji? To mniej więcej taka zasada. Tylko że nie wiem do czego odliczam. Może śmierci? Może nawet do niczego. Wciąż żyję wczorajszymi wydarzeniami. Chociaż może przedwczorajszymi? Nawet nie wiem ile spałam. Co się stało z nimi wszystkimi?
Rozglądam się po pomieszczeniu które strasznej piwnicy z horrorów nie przypomina, bardziej jakiś salon, co prawda nie taki ładny jak mój, ale mogłam trafić na brudną podłogę, a nie puchowy dywan.
Dużo tu bibelotów i starych zegarów. Serio, pewnie coś około dziesięciu. Każdy ma inną godzinę, więc nie mam pojęcia która dokładnie jest.
Oprócz mnie są tu jeszcze trzy dziewczyny. Jedna, ta piegowata o kręconych włosach sięgających łopatek, które ewidentnie mają kolor lekko rudawy, chyba jeszcze śpi. W sumie to zazdroszczę, jeszcze nie wie co ją czeka, widzi tylko piękny, błogi sen. Lub koszmar, jeśli tak jak u mnie jej ostatnie wspomnienie to potrącenie przez samochód lub coś takiego.
Druga, która jako jedyna wstała przede mną, cały czas patrzy na mnie jakbym to ja ją tu sprowadziła. Przyznam szczerze, że przestraszyłam się jej, bo ta nienaturalna bladość w połączeniu z czarnymi włosami tworzy upiorny efekt. Jakieś pięćset sekund temu rzuciłam jakiś żarcikiem czy może to ona jako duch nas w to wplątała i że nie będę zła jeśli poda mi co stosowała na tak długie rzęsy, ale chyba jej to nie rozśmieszyło. Założę się, że gdyby nie te kajdany to by do mnie wstała i wybiła mi ten uśmieszek z głowy.
Swoją drogą, ciekawe czemu żadna z nas ich nie ma. Tylko ona.
Już ostatnia z nas, skazanych, rozciąga się gdzieś w kącie. Jest najbardziej do mnie podobna, to znaczy, ma brązowe włosy, jak ja, brązowe oczy,jak ja i ładną figurę. Nie jak ja.
Patrzy tylko przed siebie. I ćwiczy, ćwiczy,ćwiczy.Od jakichś dwóch tysięcy sekund! Poważnie, wstała,rozejrzała się i zaczęła robić te skośne brzuszki, przysiady z obciążeniem zrobionym z figurek. Doprawdy dziwna istota.
Słyszę jęk, więc odwracam się w stronę rudzika, zresztą nie tylko ja. Wszystkie.
- Uhuh, budzi się.
Mówię z nutką beztroski i podchodzę do przestraszonej dziewczyn,niczym doświadczona porwana. Wcale nie tak, że siedzę tu tylko od godziny. To znaczy, jestem świadoma od godziny.
- Witaj w piekle kochanie. Nie, żartuję, jeszcze nie wiem co tu jest, ale miałaś szczęście, że obudziłaś się ostatnia. Nie zniosłabyś tej ciszy, te dwie to prawdziwy nudziary.
Wszystkie na mnie patrzą a do mnie dochodzi to,co nawiedza je odkąd pewnie wstały.
Mam tysiące myśl na sekundę, które przelatują przez moją głowę, a ja uświadamiam sobie,że nie wiem co teraz będzie.Siadam w kącie prawie płacząc. Porwali nas.Jestem taka głupia,jak mogę się śmiać, kiedy zaraz mogę zginąć, albo jeszcze gorsze rzeczy? Krzyczę, biorę przypadkową figurkę egipskiego kotka, który już kilka sekund po zderzeniu ze ścianą rozpryska się na milion kawałków. To właśnie mój sposób na radzenie sobie ze złą sytuacją, śmianie się i oszukiwanie, że to nie może być prawda, że wszystko jest wciąż dobrze. A później histeria i ogromna złość. Rudzik patrzy przerażony, dziewczyna-duch z lekką pogardą,a ta trzecia ma w sumie obojętny wyraz twarzy. Pewnie i tak ma to gdzieś.
Stukot obcasów przerywa moje myśli. Można by rzec, że się boję, gdyby nie fakt, że ja niczego się nie boję. Ktoś schodzi schodami, które z tego co wnioskuję są obok drzwi prowadzących do nas. Wszystkie mimowolnie chowamy się jak najbardziej na krańcu pokoju. Drzwi się otwierają,a przez nie widzimy dziewczynę, w długich i pewnie drogich butach sięgających ponad kolana, która patrzy na nas z uśmiechem wyższości. Jest ubrana w obcisłą czarną sukienkę, ma na sobie futro na które spadają falami jej blond pasma. Opiera się o futrynę, widać, że jest bardzo zadowolona z siebie.
- Siema szmaty.- robi balona z gumy, którą żuje. Uśmiecha się ukazując białe zęby idealnie kontrastujące z czerwoną szminką. - Zaczynamy grę.
Kiedy to się wreszcie skończy? Nie wiem ile tu jestem, wiem tylko że od kiedy zajarzyłam dość ważny fakt, że zostałam porwana, to minęło trzy tysięcy sześćdziesiąt trzy sekundy. Ugh, teraz pewnie coś około trzech tysięcy siedemdziesięciu,przy dobrych wiatrach może dobiło to do siedemdziesięciu pięciu. Znacie to uczucie, gdy na matmie ciekawe staje się liczenie sekund do końca lekcji? To mniej więcej taka zasada. Tylko że nie wiem do czego odliczam. Może śmierci? Może nawet do niczego. Wciąż żyję wczorajszymi wydarzeniami. Chociaż może przedwczorajszymi? Nawet nie wiem ile spałam. Co się stało z nimi wszystkimi?
Rozglądam się po pomieszczeniu które strasznej piwnicy z horrorów nie przypomina, bardziej jakiś salon, co prawda nie taki ładny jak mój, ale mogłam trafić na brudną podłogę, a nie puchowy dywan.
Dużo tu bibelotów i starych zegarów. Serio, pewnie coś około dziesięciu. Każdy ma inną godzinę, więc nie mam pojęcia która dokładnie jest.
Oprócz mnie są tu jeszcze trzy dziewczyny. Jedna, ta piegowata o kręconych włosach sięgających łopatek, które ewidentnie mają kolor lekko rudawy, chyba jeszcze śpi. W sumie to zazdroszczę, jeszcze nie wie co ją czeka, widzi tylko piękny, błogi sen. Lub koszmar, jeśli tak jak u mnie jej ostatnie wspomnienie to potrącenie przez samochód lub coś takiego.
Druga, która jako jedyna wstała przede mną, cały czas patrzy na mnie jakbym to ja ją tu sprowadziła. Przyznam szczerze, że przestraszyłam się jej, bo ta nienaturalna bladość w połączeniu z czarnymi włosami tworzy upiorny efekt. Jakieś pięćset sekund temu rzuciłam jakiś żarcikiem czy może to ona jako duch nas w to wplątała i że nie będę zła jeśli poda mi co stosowała na tak długie rzęsy, ale chyba jej to nie rozśmieszyło. Założę się, że gdyby nie te kajdany to by do mnie wstała i wybiła mi ten uśmieszek z głowy.
Swoją drogą, ciekawe czemu żadna z nas ich nie ma. Tylko ona.
Już ostatnia z nas, skazanych, rozciąga się gdzieś w kącie. Jest najbardziej do mnie podobna, to znaczy, ma brązowe włosy, jak ja, brązowe oczy,jak ja i ładną figurę. Nie jak ja.
Patrzy tylko przed siebie. I ćwiczy, ćwiczy,ćwiczy.Od jakichś dwóch tysięcy sekund! Poważnie, wstała,rozejrzała się i zaczęła robić te skośne brzuszki, przysiady z obciążeniem zrobionym z figurek. Doprawdy dziwna istota.
Słyszę jęk, więc odwracam się w stronę rudzika, zresztą nie tylko ja. Wszystkie.
- Uhuh, budzi się.
Mówię z nutką beztroski i podchodzę do przestraszonej dziewczyn,niczym doświadczona porwana. Wcale nie tak, że siedzę tu tylko od godziny. To znaczy, jestem świadoma od godziny.
- Witaj w piekle kochanie. Nie, żartuję, jeszcze nie wiem co tu jest, ale miałaś szczęście, że obudziłaś się ostatnia. Nie zniosłabyś tej ciszy, te dwie to prawdziwy nudziary.
Wszystkie na mnie patrzą a do mnie dochodzi to,co nawiedza je odkąd pewnie wstały.
Mam tysiące myśl na sekundę, które przelatują przez moją głowę, a ja uświadamiam sobie,że nie wiem co teraz będzie.Siadam w kącie prawie płacząc. Porwali nas.Jestem taka głupia,jak mogę się śmiać, kiedy zaraz mogę zginąć, albo jeszcze gorsze rzeczy? Krzyczę, biorę przypadkową figurkę egipskiego kotka, który już kilka sekund po zderzeniu ze ścianą rozpryska się na milion kawałków. To właśnie mój sposób na radzenie sobie ze złą sytuacją, śmianie się i oszukiwanie, że to nie może być prawda, że wszystko jest wciąż dobrze. A później histeria i ogromna złość. Rudzik patrzy przerażony, dziewczyna-duch z lekką pogardą,a ta trzecia ma w sumie obojętny wyraz twarzy. Pewnie i tak ma to gdzieś.
Stukot obcasów przerywa moje myśli. Można by rzec, że się boję, gdyby nie fakt, że ja niczego się nie boję. Ktoś schodzi schodami, które z tego co wnioskuję są obok drzwi prowadzących do nas. Wszystkie mimowolnie chowamy się jak najbardziej na krańcu pokoju. Drzwi się otwierają,a przez nie widzimy dziewczynę, w długich i pewnie drogich butach sięgających ponad kolana, która patrzy na nas z uśmiechem wyższości. Jest ubrana w obcisłą czarną sukienkę, ma na sobie futro na które spadają falami jej blond pasma. Opiera się o futrynę, widać, że jest bardzo zadowolona z siebie.
- Siema szmaty.- robi balona z gumy, którą żuje. Uśmiecha się ukazując białe zęby idealnie kontrastujące z czerwoną szminką. - Zaczynamy grę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)